sobota, 22 października 2022

o figowcach z sensem...


(Łk 13, 1-9)
W tym czasie przyszli jacyś ludzie i donieśli Jezusowi o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: "Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, iż to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jeruzalem? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie". I opowiedział im następującą przypowieść: "Pewien człowiek miał zasadzony w swojej winnicy figowiec; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym figowcu, a nie znajduję. Wytnij go, po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok go pozostaw, aż okopię go i obłożę nawozem; i może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz go wyciąć”.

 

Mili Moi…
Niemal od tygodnia jestem w Ołdrzychowicach Kłodzkich… I zgodnie z przewidywaniami – umieram tu. To maleńka wioseczka na końcu świata. Strasznie się męczę w takich miejscach. No tak jestem skonstruowany. Odliczam więc godziny do wyjazdu, który ma nastąpić jutro przed południem. Przejadę znów cała Polskę. A już w poniedziałek rano, jeśli Pan pozwoli, wsiądę w samolot, żeby po południu zanurzyć się w gwar Nowego Jorku. To dla mnie chyba najbardziej fascynujące w lataniu i podróżowaniu w ogóle – że w krótkim czasie można znaleźć się zupełnie gdzie indziej, w innym klimacie, „pod innym niebem”. Czekam na tę podróż jak na największe święto w roku. Mam nadzieje, że wszystko odbędzie się bez większych trudności.

Rekolekcje idą nam dobrze. Słucha mnie tu czternaście sióstr. Wszystkie, powiedziałbym, w dojrzałym wieku. Innymi słowy – nie jedno już w życiu słyszały. A dzielą się w prywatnych rozmowach, że te treści, które dla nich przygotowałem, są dla nich odkrywcze. To mnie bardzo cieszy, bo temu też służy rekolekcyjny czas. Re – czyli ponownie; collectio – czyli zbierać – takie jest znaczenie słowa rekolekcje. A zatem na nowo przyjrzeć się temu, co już przecież wiemy, ale zdarza nam się o tym zapominać. Człowieczeństwo w całym jego bogactwie, o którym tutaj mówię, jest fundamentalnym wymiarem naszego życia i jako taki chyba jest traktowane w sposób zbyt oczywisty. Tymczasem to fascynująca tajemnica, warta zgłębiania. A im człowiek starszy, tym chyba bardziej potrzebuje zrozumienia. Samego siebie.

Dziś Słowo o owocowaniu. Przyszła mi na medytacji do głowy ta znana sentencja, że człowiek może przeżyć bez wody trzy dni, bez jedzenia trzy tygodnie, a bez sensu – całe życie. To zadziwiające, ale czy niespotykane? Tak jak nieowocujący figowiec. To budziło zdziwienie i zainteresowanie słuchaczy. To drzewo owocowało zwykle dwa razy w roku – w czerwcu i sierpniu. Można było z jednego zbioru uzyskać nawet sto kilogramów owoców. Owszem, bywały słabsze lata, ale w zasadzie nie zdarzało się, żeby to drzewo nie miało nic do zaoferowania poza liśćmi. A ten, wspominany przez Jezusa, nie owocuje już od trzech lat. Czy można więc było mieć nadzieję na jego przebudzenie? Na jakiej podstawie spodziewać się owocu po czymś, co konsekwentnie niczego wartościowego nie rodzi?

A jednak Ogrodnik nie traci nadziei… Im dłużej żyję, tym więcej spotykam osób, które jakoś „zacięły” się w swoim życiu i ich owoc jest mizerny. Nie moja to ocena, bo przecież nie mam dostępu do ich życia w pełni. Ale oni sami o tym mówią – czasem z rozpaczą, czasem pełni goryczy i rozczarowania, czasem ze złością. Wraz z upływającym czasem takie obserwacje niepokoją coraz bardziej – bo człek jest świadom, że ma coraz mniej czasu. Dlatego, przyznam szczerze, że kiedy słyszę słowa „inwestujmy w młodych, bo młodzi nadzieją Kościoła”, to jakoś wewnętrznie się nie zgadzam. Człowiek jest nadzieją Kościoła. Człowiek, który przynosi owoc. Niezależnie od wieku. Podkreśla to papież Franciszek w Evangelii gaudium pisząc o doświadczeniu, które niesie ze sobą wiek dojrzały.  Czasem sobie myślę, że większym zadaniem jest pomóc owocować dojrzałym, bo na tym skorzystają również młodzi. Pomóc zwłaszcza tym, którzy owocować przestali, a znów chcą zacząć. Czy nie po to posłał mnie Chrystus? Aby wzbudzać nadzieję, samemu jej nie tracąc? Aby „okładać te drzewa nawozem”, dołożyć wszelkich starań, żeby zaczęły rodzić smaczne owoce. Modlę się tylko o to, żeby i mną ktoś w taki sposób się zajął. Bo i ja nawożenia i przypominania o potencjach we mnie złożonych potrzebuję… Niech zatem owoc w nas będzie obfity. I niech trwa, według woli Chrystusa. Pomagajmy sobie wzajemnie. Wszyscy jesteśmy posłani…

sobota, 15 października 2022

... albo giń...


(Łk 12, 8-12)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Kto się przyzna do Mnie wobec ludzi, przyzna się i Syn Człowieczy do niego wobec aniołów Bożych; a kto się Mnie wyprze wobec ludzi, tego wyprę się i Ja wobec aniołów Bożych. Każdemu, kto powie jakieś słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie odpuszczone, lecz temu, kto bluźni przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie odpuszczone. Kiedy was ciągać będą po synagogach, urzędach i władzach, nie martwcie się, w jaki sposób albo czym macie się bronić lub co mówić, bo Duch Święty pouczy was w tej właśnie godzinie, co należy powiedzieć".

 

Mili Moi…
Kilka godzin temu wróciłem do domu z rekolekcji, które odprawiałem w Krynicy Morskiej. Muszę przyznać, że bardzo trudny był to dla mnie czas. Prawdopodobnie etap, na którym znajduję się właśnie w moim życiu, bardzo utrudnił mi usłyszenie Boga w treściach, które były głoszone. Te rekolekcje były niesłychanie „ludzkie”. O człowieczeństwie i relacjach, o potrzebach i uczuciach. Dużo prowokacji, dużo psychologii – cel jeden – żeby zobaczyć siebie w relacji do Boga, żeby „odzyskać siebie” (bo żeby coś ofiarować, trzeba to najpierw posiadać), żeby siebie poznawać. Moje duchowe radary chyba były nastawione na coś innego i odkrywałem w sobie potrzebę zupełnie innych treści. Starałem się wyłowić, co się dało, ale zmęczyłem się okrutnie. Nawet urokliwe krajobrazy i piękna pogoda nie zmniejszyły napięcia, które odczuwałem.

Przepakowuje się, doprowadzam do porządku i jutro znów ruszam. Tym razem Ołdrzychowice Kłodzkie i rekolekcje dla Sióstr Boromeuszek. To też nie będzie łatwe doświadczenie… To przysłowiowy „koniec świata” niewielka wioska, a dobrze wiecie jak na mnie działają takie miejsca. Odpoczywam w miastach. W takich maleńkich miejscach usycham. No ale dobra, nie marudzę… Za tydzień, jeśli Pan pozwoli, zanurzę się znów w Wielkim Jabłku – w gwarze, kolorach, zapachach… Po prostu Nowy Jork… Zabawne, że w domu Księży Werbistów w Krynicy, każdy pokój nosi nazwę jakiegoś miasta. Ja oczywiście zupełnym przypadkiem otrzymałem pokój nazwany jak? Oczywiście – Nowy Jork…

Dziś nad Słowem natomiast odprawiłem „studium słabości”. Natknąłem się na historię Krzysztofa Ferreiry, jezuity, który wysłany do Japonii dla wzmocnienia prześladowanego Kościoła, czyni to, ale w wyniku schwytania i tortur zapiera się wiary, a wręcz staje się współpracownikiem systemu opresji i staje po stronie prześladowców. Wstrząsnęła mną ta historia nie dlatego, żebym chciał bawić się w sędziego Ferreiry, ile raczej w kontekście ludzkiej słabości. Nikt z nas nie wie do czego jest zdolny, zanim nie stanie w sytuacji zagrożenia. Im jestem starszy, tym rzadziej wyobrażam sobie siebie samego w sytuacji konfrontacji z drogą męczeństwa. Zadziwia mnie moja własna słabość, bo jak się okazuje, nie potrzebuję wcale realnego zagrożenia – wystarczy choćby napór trudnych uczuć, które ciężko mi dźwigać, czy jakaś porażka, z którą niełatwo mi się uporać, a ja jęczę przed Panem i wołam o pomoc. Pewnie – każdy z nas ma inną wytrzymałość, wrażliwość, próg bólu. Ale mimo wszystko – czuję się głęboko zawstydzony, zwłaszcza kiedy czytam o wspomnianym Kościele japońskim i jego anonimowych bohaterach, których poddawano choćby testowi „fumie”. Fumie był to drewniany lub żeliwny „obrazek do deptania” z wizerunkiem Jezusa lub Maryi, który nakazywano podeptać testowanemu. Jeśli tego nie uczynił, zdradzał się jako katolik i ginął. Test ten stosowano od 1629 roku. Test „podeptaj albo giń”… To takie proste i tak boleśnie obnażające słabość. I lęk…

I ustawiczne wołanie Jezusa – nie bójcie się ich… Nie bójcie się, bo jesteście ważniejsi niż wiele wróbli… Nie bójcie się o to, co macie mówić… Nie bójcie się… 

wtorek, 11 października 2022

co zrobić z darem?


(Łk 11, 37-41)
Pewien faryzeusz zaprosił Jezusa do siebie na obiad. Poszedł więc i zajął miejsce za stołem. Lecz faryzeusz, widząc to, wyraził zdziwienie, że nie obmył wpierw rąk przed posiłkiem. Na to Pan rzekł do niego: "Właśnie wy, faryzeusze, dbacie o czystość zewnętrznej strony kielicha i misy, a wasze wnętrze pełne jest zdzierstwa i niegodziwości. Nierozumni! Czyż Stwórca zewnętrznej strony nie uczynił także wnętrza? Raczej dajcie to, co jest wewnątrz, na jałmużnę, a zaraz wszystko będzie dla was czyste".

 

Mili Moi…
No i rzeczywiście próbuje odprawiać rekolekcje w Krynicy Morskiej, choć nie jest to proste. Wczoraj rozpoczęliśmy, ale jako organizator, właściwie do późnego wieczora zajmowałem się jakimiś sprawami do rozwiązania (choćby ekspresem do kawy, który się zepsuł, a nie chcecie sobie wyobrazić pięćdziesięciu mężczyzn pozbawionych dostępu do tego wyjątkowego napoju). Dziś już lepiej, bo spokojnie wchodzę w rekolekcyjny rytm. Prowadzący zachęca dziś cały dzień do smakowania życia, do fascynacji nim, do przejścia ze sfery intelektualnej w kierunku doświadczenia. To skądinąd intuicje naszego świętego Franciszka ubrane we współczesną szatę…

Niestety jutro czeka mnie przerwa, ale dyktowana miłością chrześcijańską. Do domu Ojca odeszła babcia mojego współbrata i przyjaciela, Krzysztofa. Szlachetna kobieta, z która przegadaliśmy niejedną godzinę podczas moich wakacyjnych pobytów w domu rodzinnym u Krzyśka. Podobne przeżycia towarzyszyły naszemu Ojcu Prowincjałowi, więc mam również za zadanie przeczytać list kondolencyjny od niego. Im dłużej żyję, tym tych pożegnań coraz więcej. W jakimś wymiarze smutne, ale przecież przeniknięte pokojem Bożej obecności. Babcia Jadwiga żyła swoim parafialnym kościołem – wiele sił i serca weń włożyła. Nasz Najukochańszy Bóg z pewnością uśmiecha się już do niej mówiąc – dziękuję, bo troszczyłaś się zawsze o moją chwałę, dziś Ja zatroszczę się o ciebie…

Kiedy w minioną niedzielę stałem na ambonie w kościele świętego Maksymiliana w Gdyni, po raz kolejny przebiegła mi przez głowę myśl, jak bardzo jestem obdarowany. Nie tylko w tym sensie, że mam jakiś talent od Boga, ale raczej w tym, że mogę go dzielić z innymi. Nurtuje mnie tylko pytanie – gdzie powinienem go zanieść? Czy tu, w Polsce być z tymi, którzy mają taką obfitość Słowa i czasem cierpią wręcz na przesyt kaznodziejów? Czy może raczej zawieźć to należy gdzieś, gdzie są poważne braki, gdzie ludzie oduczyli się słuchać, bo nikt im niczego poważnego dawno nie powiedział, bo i kaznodzieje jakby nieco przysnęli? Pytam Pana już piąty rok – czego On ode mnie oczekuje? Co wolno mi zrobić z darem? I na razie nie umiem tego rozpoznać. Tak, czy owak, w niedzielę przyjąłem pierwsze rekolekcje na 2024 rok. Właśnie w parafii świętego Maksymiliana w Gdyni.

Dzisiejszą Ewangelię mógłbym chyba uczynić słowem przewodnim dla mojego bloga, którego próbuję malować słowem od trzynastu lat. Od samego początku zależało mi na tym, żeby pokazywać piękne oblicze Kościoła, ale w zupełnie ludzkim wydaniu. Bez ubarwiania, a przeciwnie – z uwzględnieniem własnej nieporadności, słabości, biedy. Staram się nimi nie epatować, ale jednocześnie one nieustannie pobrzmiewają w tle. Bardzo mi zależy (wzorem mojego świętego Ojca – Franciszka), żebym nie był uważany za lepszego, niż jestem w rzeczywistości. I tu też nie musze zmyślać i ubarwiać – wystarczy, że napiszę prawdę. I tego staram się trzymać.

Nieodmiennie fascynuje mnie, że Bóg posługuje się biedaczkami, którzy nie mają w sobie poczucia mocy i własnej sprawiedliwości; którzy wiedzą, że wszystko jest łaską; którzy we wszystkim widzą szansę na spotkanie z Nim, na Jego objawienie. Od zawsze marzę, żeby być właśnie kimś takim. Żeby dać na jałmużnę całego siebie. Żeby być dla… Wnętrzem także…

czwartek, 6 października 2022

rozeznaj, wybierz, zdecyduj...


(Łk 11, 5-13)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: „Przyjacielu, pożycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przybył do mnie z drogi, a nie mam co mu podać”. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: „Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci są ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie”. Powiadam wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. I Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu zostanie otworzone. Jeżeli któregoś z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej Ojciec z nieba udzieli Ducha Świętego tym, którzy Go proszą".

 

Mili Moi…
Dni płyną i wierzyć mi się wprost nie chce, że jest już październik. Czas odliczam nie godzinami, nawet nie dniami, ale tygodniami. Miniony weekend spędziłem w Poznaniu prowadząc krótkie skupienie dla młodzieży. Zajmowaliśmy się Księgą Jozuego, a właściwie głównie jej tytułowym bohaterem. Człowiek niezwykłej wiary, trochę mało znany, a szkoda.

Za chwilę ruszam do Radia, gdzie nagramy kolejne sześć audycji, a przy okazji mam nadzieje na mały oddech w Warszawie. W sobotę nasze doroczne Święto Prowincji, więc cały dzień spędzimy w Elblągu, a w niedzielę głoszę kazanie odpustowe w parafii świętego Maksymiliana w Gdyni. Od poniedziałku natomiast oddech wielki – rekolekcje własne, których będę słuchał w Krynicy Morskiej. Od lat ten rekolekcyjny czas planujemy w gościnnym domu księży Werbistów. Okoliczności przyrody i czas „po sezonie” sprzyjają temu, żeby się skupić. I mam na to szczerą nadzieję. Potem jeszcze tylko tydzień z siostrami Boromeuszkami w Ołdrzychowicach Kłodzkich i dwa tygodnie w USA. Na to już w ogóle doczekać się nie mogę. Będzie dość pracowicie, bo to nie urlop. Ale miejsce – moje ulubione.

Dziś temat natręctwa w modlitwie… Ale żeby być natrętnym, trzeba najpierw wiedzieć czego się chce, czego się potrzebuje (przynajmniej według własnej oceny). To chyba nie zawsze jest takie oczywiste… Musze przyznać, że etap, na którym się właśnie znajduję (od niemal pięciu lat) jest raczej czasem modlitwy o to, żebym wiedział czego ja sam chcę. To nigdy nie było trudne pytanie – zwykle wiedziałem dobrze jakie są moje pragnienia i oczekiwania. A jeśli Pan raczył na nie odpowiadać, to uznawałem to za mały cud. Dziś jest z tym znacznie gorzej. Pojawia się znana i zgrana tendencja zwana – mieć ciastko i zjeść ciastko. A tak się przecież nie da… W dwóch miejscach również nie da się być. Oddawać się skrajnie różnym zadaniom także nie… Jak dobrze rozumiem dylematy świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, która chciała być wszędzie i robić wszystko. Ona ostatecznie doznała ukojenia. I ja na nie liczę. I może o to trzeba mi się modlić. O jasne widzenie i umiejętność precyzowania pragnień…

A może to rzeczywiście kryzys wieku średniego… Jedyna nadzieja, że minie, bo jestem tym ekstremalnie zmęczony :)

wtorek, 27 września 2022

droga wciąż fascynuje...


(Łk 9, 51-56)
Gdy dopełniały się dni wzięcia Jezusa z tego świata, postanowił udać się do Jeruzalem, i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i weszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by przygotować Mu pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jeruzalem. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: "Panie, czy chcesz, byśmy powiedzieli: Niech ogień spadnie z nieba i pochłonie ich?" Lecz On, odwróciwszy się, zgromił ich. I udali się do innego miasteczka.

 

Mili Moi…
Bogaty w wydarzenia weekend za mną… W piątek pomknąłem do Lichenia, gdzie wygłosiłem naukę dla ponad sześciuset młodych osób konsekrowanych. Byłem pod wielkim wrażeniem ich obecności, liczebności, ale również organizacji całego spotkania. Zdałem sobie sprawę, jakie to jest ważne, żeby oni się wzajemne zobaczyli, poznali, pogadali, umocnili świadomością, że nie jest ich wcale tak mało. To, co mówiłem, nie było łatwe, ale zdaje się, że zostało dobrze przyjęte. A ja sam? Muszę przyznać, że bardzo rzadko towarzyszy mi jakakolwiek forma tremy na ambonie, ale w piątek, w Licheniu, coś na kształt takiego doświadczenia mi się przydarzyło. Sześćset par oczu osadzonych w wymagających głowach i połączonych jakoś z wymagającymi sercami motywuje do całkowitej mobilizacji.

W sobotę rano zakończyłem rekolekcje dla naszych braci, które w minionym tygodniu odbywały się w ośrodku rekolekcyjnym w Białogórze. Przywitałem ich w poniedziałek, pożegnałem w sobotę. Niby krótka wizyta, ale solidny kawałek dnia mi zabrała. A w porze obiadowej wyruszyłem już do Bydgoszczy, gdzie w parafii świętego Maksymiliana głosiłem kazania przez całą niedziele i przyjmowałem do Rycerstwa Niepokalanej. Matka Boża mnie tym razem „przetrzymała”. Nigdy nie sposób przewidzieć jakie będzie zainteresowanie słuchaczy i czy zdecydują się oddać swoje życie Maryi. Kiedy więc w sobotni wieczór nie zdecydował się nikt, nie miałem większych problemów z przyjęciem tego, bo tak już wcześniej, w różnych miejscach bywało. Ale kiedy o poranku w niedzielę podeszły dwie osoby, a na drugiej Mszy zaledwie jedenaście, to pomyślałem sobie – a dobrze ci tak, Matka Boża utrze ci trochę nosa, żebyś nie czuł się tak pewny siebie. I kiedy już zaczynałem powoli godzić się z tym faktem, to na każdej z kolejnych Mszy decydowało się oddać swoje życie Maryi około stu osób. Niedzielę zakończyliśmy liczba ponad trzystu zawierzonych Maryi serc. Jej cześć, a Bogu Najwyższemu chwała. Moja zaś – wielka radość…

Dziś zaś, kolejny dar od Pana… On wie, jak ja lubię latać i zwiedzać lotniska. Jakiś czas temu, jeden z prezesów naszych wspólnot rycerskich, będąc w Danii, wręczył jednemu z księży namiary na mnie, sugerując, że mógłbym może MI zaszczepić na duńskim gruncie. Dziś ksiądz zadzwonił i w marcu głoszę rekolekcje w Danii. Oczywiście zamierzam wzywać do zawierzenia się Maryi…

Dziś zaś w Słowie zwrócił moja uwagę ten wątek Jezusa udającego się do Jeruzalem. On wie po co idzie. Nie wiedzą tego z pewnością Samarytanie. A i Apostołowie nie do końca zdają sobie z tego sprawę. Może gdyby było to dla wszystkich zupełnie jasne, nie ośmielaliby się w żaden sposób przeszkadzać Mu w tej drodze, a wręcz przeciwnie, pomagali by, ile tylko się da. Stają się tymczasem nie tylko przeszkodą, ale źródłem dodatkowych niewygód czy cierpień, które właściwie poprzedzają mękę Pana, która w Świętym Mieście ma się dokonać. A Jezus nie bacząc na to, idzie dalej. Nie skupia się na tych doraźnych przeszkodach, nie pozwala tracić czasu uczniom na, skądinąd, nieproporcjonalnie gwałtowne reakcje, nie zajmuje się swoją dumą, brakiem szacunku Mu okazanym. Te wszystkie sprawy są jakby poza Nim. Jest tylko motyw – odkupienie człowieka. Za wszelką cenę i bez liczenia się z kosztami. W całkowitym zapomnieniu o sobie samym…

Bardzo chciałbym tak umieć. Bardzo chciałbym wśród tych wszystkich zaangażowań nie myśleć o sobie. Składać z siebie ofiarę. A tego wątku wciąż za mało. Wciąż chyba więcej nadąsania apostolskiego, zwłaszcza w chwilach, kiedy coś idzie nie po mojej myśli. A tak łatwo wyobrażać sobie, że moje myśli są dokładnie takie same, jak myśli Jezusa. Tymczasem chyba jednak niekoniecznie…

czwartek, 22 września 2022

cyrkowy widz...


(Łk 9, 7-9)
Tetrarcha Herod posłyszał o wszystkich cudach zdziałanych przez Chrystusa i był zaniepokojony. Niektórzy bowiem mówili, że Jan powstał z martwych; inni, że zjawił się Eliasz; jeszcze inni, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał. A Herod mówił: "Jana kazałem ściąć. Któż więc jest ten, o którym takie rzeczy słyszę?" I starał się Go zobaczyć.

 

Mili Moi…
Czy i wy chcecie odejść? Dlaczego zostajemy? – to temat mojego wystąpienia w Licheniu. Dużo myśli, ale jak zawsze, najtrudniej zabrać się za ich spisywanie. Dziś to musi nastąpić, bo jutro już wyruszam w drogę. Cieszę się z tego bo spotkam tam wiele osób konsekrowanych – wszak dla nich ten Kongres. Oni mają szczególne miejsce w moim sercu – zwłaszcza siostry zakonne. Z ogromnym szacunkiem myślę o ich wysiłkach, służbie i gorliwości, wobec której nasza, męska gorliwość wypada zwykle blado. Dlatego dla nich zawsze staram się mieć czas, a głoszenie Słowa siostrom traktuję jako swój osobisty przywilej.

W poniedziałek rozpoczęliśmy pierwszą serię rekolekcji zakonnych, niestety od nieszczęśliwego wypadku. O. Marek upadł w nocy i został znaleziony rano nieprzytomny. Leży w szpitalu w śpiączce z dużym krwiakiem na mózgu. Rokowania się niejednoznaczne. Powierzam go waszej modlitwie.

Tak to czasami Pan zatrzymuje kogoś w drodze… To jeden z moich niepokojów, których uświadomiłem sobie dziś całe mnóstwo. Wszystko w kontekście Heroda, który był zaniepokojony pojawieniem się Jezusa. Mnie Jezus nie niepokoi, ale zdumiewająca ilość różnych spraw, na które najczęściej nie mam żadnego wpływu, albo jest on bardzo ograniczony. A jednak wydaje mi się, że coś tam ode mnie zależy, albo że z mojego martwienia się może wyniknąć coś dobrego. Niestety właściwie nigdy tak nie jest, bo albo przekonuję się, że straciłem dużo energii i czasu, zajmując się sprawami w gruncie rzeczy mało istotnymi, albo okazuje się, że w ogóle nie było się czym martwić, bo sprawy rozwiązały się pozytywnie i to najczęściej zupełnie bez mojego udziału.

A jednak całe obszary mojego życia są zasnute mgłą niepokoju.  Myślę sobie dziś – jak to możliwe? Przecież jestem człowiekiem wierzącym. Przecież często powtarzam za Psalmistą – w Twoim ręku są moje losy, Panie (Ps 31). Przecież ułożyłem sobie nawet taką prywatną koronkę do Bożej woli – Bądź wola Twoja – jako w niebie, tak i na ziemi… Zawierzałem Jezusowi moje życie wielokrotnie. On sam zapewniał mnie nie raz, że jest obecny i czuwa. Co więcej, czasem wprost pokazywał mi, że troszczę się o zbyt wiele i nie ma to żadnego uzasadnienia. A ja wciąż swoje… Natura jest tak silna… Wychowanie ma tak duże znaczenie… Moja mama zawsze mi powtarzała – nie masz nikogo, musisz sam o siebie zadbać… No i dbam… I tak trudno wyzbyć mi się tego sposobu myślenia… A on sam w sobie jest dość uciążliwy.

Niepokój Heroda nie miał żadnego wpływu na „sprawę Jezusa” i choć dał mu Pan Bóg okazje do tego, żeby ten jego niepokój uciszyć, to Herod z niej nie skorzystał. Chciał bowiem, spotkawszy wreszcie Jezusa,  zobaczyć jakiś znak – pozostał zupełnie na zewnątrz – niczym cyrkowy widz. A wobec takich Jezus nie przemawia – nie są bowiem w stanie usłyszeć Jego kojącego głosu. Za dużo wrażeń zmysłowych wokół nich. Zbyt rozproszeni. Brną w niepokój…

piątek, 16 września 2022

kroki...


(Łk 8, 1-3)
Jezus wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które zostały uwolnione od złych duchów i od chorób, Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, rządcy Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały, udzielając ze swego mienia.

 

Mili Moi…
Kolejny tydzień właściwie można odhaczyć. Plany były świetlane… od poniedziałku zabiorę się za… I wyszło jak zwykle. Zastanawiałem się nad okolicznościami, które można by tym razem oskarżyć. I myślę, że nadszedł już czas na jesienne przesilenie. To znakomity powód dla obniżonego nastroju i jakiejś takiej intelektualnej i wewnętrznej bezradności, prawda? No więc, niech tak będzie… Jesień w pełni. A ja w jesieni… Dziś deszcz stuka w dachowe okno w moim pokoju. Szaro, buro i ponuro. Ja natomiast powoli się ogarniam do kolejnego, krótkiego, choć dość dalekiego wyjazdu.


Dziś w nocy ruszam na Święty Krzyż, gdzie w sanktuarium jutro głoszę na Pierwszym Ogólnopolskim Spotkaniu Rycerzy u Stóp Krzyża. Spotkanie trwa cały dzień, ale ja około południa musze ruszać dalej, bo w niedzielę kazania maryjne w naszej parafii w Olsztynie z zaproszeniem do oddania swojego życia Matce Bożej. W poniedziałek zaś rozpoczynamy pierwszą turę rekolekcji zakonnych w Białogórze, gdzie musze być i zadbać o mnóstwo drobiazgów, jako odpowiedzialny za organizację tych rekolekcji z ramienia naszej Prowincji.  A potem już będę mógł spokojnie zająć się wystąpieniem na Ogólnopolskim Kongresie Młodych Konsekrowanych, na który wybiorę się w przyszły piątek do Lichenia. W sobotę pojadę zakończyć rekolekcje w Białogórze, a w niedzielę kazania maryjne w parafii świętego Maksymiliana w Bydgoszczy. No, i to ja rozumiem… Przynajmniej przypomnę sobie, że żyję… Oczywiście, o ile Pan pozwoli dożyć tych wydarzeń i rzeczywiście wziąć w nich udział…

A dziś, w tym krótkim Słowie ewangelicznym zastanowiła mnie gotowość tego grona towarzyszącego Jezusowi do opuszczenia dotychczasowych miejsc, zajęć, obowiązków i pójścia z Nim. To niby oczywiste dla naszego, zakonnego powołania. Wszak poszliśmy za Nim już dawno temu… Ostatnio nawet przypomniałem sobie to w takim zabawnym kontekście. Kiedy w minioną sobotę wróciłem z Elbląga, pod klasztorem „napadła” mnie grupka dzieciaków z tysiącem pytań. Jedno z nich brzmiało – to ojciec mieszka w kościele? Nie ma ojciec własnego domu? No właśnie ten kościół jest moim domem… I ten przez małe „k” i ten przez wielkie…

Niemniej pójście za Jezusem nie jest decyzją jednorazową. I to też wie każdy, kto kiedykolwiek za Nim szedł. Dzieje się tak, ponieważ On często zmienia kierunki, trasę, lubi chodzić dookoła, czasem nigdzie Mu się nie spieszy, a bywa dokładnie odwrotnie i raczej nie konsultuje z towarzyszami celów podróży. To wymagające. A niektórzy mówią, że im człek starszy, tym bardziej. Ja musze przyznać, że do niedawna nie miałem z tym najmniejszych problemów. Zawsze odchodziłem z jednego miejsca do drugiego z pewną ekscytacją i bez żalu – ufny w to, że Pan wie, co robi i wie znacznie lepiej ode mnie…

Aż nagle, w moim życiu, ta doskonale naoliwiona maszyna się zacięła… I tak od kilku lat szukam narzędzi do jej naprawy. Chyba przystanąłem, a Pan poszedł dalej… Na szczęście przechodzi czasami w pobliżu, nieustannie dając mi sygnał do tego, żebym znów z Nim ruszył… A ja nie mam siły podnieść nogi i wykonać kroku… I to chyba boli najbardziej… Bo w głowie jestem gotów pobiec za Nim natychmiast. A nogi z głową współpracować nie chcą…

Tak czy owak, On ze mnie nie rezygnuje… Ufam, że za krótszą lub dłuższą chwilę, niczym Joanna czy Zuzanna, z entuzjazmem oderwę nogi od ziemi. Najpierw jedną, potem drugą, a potem już na przemian… Szybciej i szybciej… Tam, dokąd On zechce…