czwartek, 31 marca 2022

mówiąc...


(J 5,31-47)
Jezus powiedział do Żydów: Gdybym Ja wydawał świadectwo o sobie samym, sąd mój nie byłby prawdziwy. Jest przecież ktoś inny, kto wydaje sąd o Mnie; a wiem, że sąd, który o mnie wydaje, jest prawdziwy. Wysłaliście poselstwo do Jana i on dał świadectwo prawdzie. Ja nie zważam na świadectwo człowieka, ale mówię to, abyście byli zbawieni. On był lampą, co płonie i świeci, wy zaś chcieliście radować się krótki czas jego światłem. Ja mam świadectwo większe od Janowego. Są to dzieła, które Ojciec dał Mi do wykonania; dzieła, które czynię, świadczą o Mnie, że Ojciec Mnie posłał. Ojciec, który Mnie posłał, On dał o Mnie świadectwo. Nigdy nie słyszeliście ani Jego głosu, ani nie widzieliście Jego oblicza; nie macie także słowa Jego, trwającego w was, bo wyście nie uwierzyli w Tego, którego On posłał. Badacie Pisma, ponieważ sądzicie, że w nich zawarte jest życie wieczne: to one właśnie dają o Mnie świadectwo. A przecież nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie. Nie odbieram chwały od ludzi, ale wiem o was, że nie macie w sobie miłości Boga. Przyszedłem w imieniu Ojca mego, a nie przyjęliście Mnie. Gdyby jednak przybył kto inny we własnym imieniu, to byście go przyjęli. Jak możecie uwierzyć, skoro od siebie wzajemnie odbieracie chwałę, a nie szukacie chwały, która pochodzi od samego Boga? Nie mniemajcie jednak, że to Ja was oskarżę przed Ojcem. Waszym oskarżycielem jest Mojżesz, w którym wy pokładacie nadzieję. Gdybyście jednak uwierzyli Mojżeszowi, to byście i Mnie uwierzyli. O Mnie bowiem on pisał. Jeżeli jednak jego pismom nie wierzycie, jakżeż moim słowom będziecie wierzyli?

 

Mili Moi…
Zdążyły się zakończyć rekolekcje w Malborku, a wczoraj kolejne, w Zduńskiej Woli. Wybaczcie, że długo mnie tu nie było, ale intensywność tego czasu jest niezwykła. Zduńska Wola to był absolutny szczyt tego Wielkiego Postu. Od niedzieli do środy wygłosiłem tam dwadzieścia osiem nauk. To naprawdę daje w kość i emocjonalnie eksploatuje. Fizycznie zresztą też. Tym bardziej, że trzeba było ogarnąć także dzieciaki i młodzież. I tu bez zmian… Dzieci w porządku. Młodzież… Hmmm… Może to lepiej pominąć milczeniem… Choć spotkało mnie coś, czego nigdy dotąd nie przeżyłem. Otóż po pierwszym dniu (za oknami dwadzieścia stopni, więc pewnie trudno się dziwić niesfornemu zachowaniu młodzieży) przyszła do mnie grupa dzieciaków… i przeprosiła za zachowanie swoich kolegów. Dojrzale i odważnie. Byłem tym bardzo zbudowany i zniknęło wówczas nieco tego przygnębienia, które odczuwałem w kontekście tego rekolekcyjnego spotkania. Refleksję mam jedną po tym Wielkim Poście – nikomu na siłę Ewangelii nie da się głosić. A to właśnie, mam wrażenie, robimy w ramach rekolekcji szkolnych…

Ludzie przyjęli mnie niezwykle życzliwie. Bardzo wielu parafian uczestniczyło w rekolekcjach, czym byłem osobiście mocno zaskoczony. Wiele osób zaczepiało mnie deklarując, że słuchają w internecie, że słuchają naszych audycji… To było szalenie miłe. A jeszcze milsze były chwile, kiedy na przykład po porannym głoszeniu wychodziłem z kościoła i natknąłem się na pewną młodą kobietę, która również wychodziła po kazaniu. Usprawiedliwiając się jakby, powiedziała mi, że w zasadzie chodzi wieczorami, ale dziś nie może, bo spotkanie rodziców w szkole, więc koniecznie chciała wysłuchać nauki i przyszła rano. Ale zostać na całej Mszy nie może, bo już goni do pracy… Pełen szacun…

A dziś odpoczywam… Czuję dopiero jak napięcie ze mnie schodzi… Na ramionach taki ciężar, jakbym małego bawoła na nich nosił… Ale pospałem, poczytałem, pospacerowałem… Jutro znów trzeba myśleć o pierwszej sobocie. A w sobotę, po modlitwach z naszym, gdyńskim ludem, czas ruszać na kolejne rekolekcje. Tym razem do naszej, franciszkańskiej parafii w Radziejowie. Ale tam już znacznie spokojniej i tylko do wtorku…

A kiedy dziś słucham Jezusa, to mam wrażenie, że „czara goryczy” się przelała. On mówi i mówi… O tak wielu rzeczach. Jakby chciał powiedzieć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Jakby chciał dać swoim słuchaczom nie jeden, ale wiele punktów zaczepienia. Niemal każde zdanie domaga się jakiejś refleksji i mogłoby być przedmiotem niejednego rozmyślania. Do mnie jakoś szczególnie mówią słowa – a przecież nie chcecie przyjść do mnie, aby mieć życie… Wiele razy podczas głoszenia nachodzi mnie myśl – czy to rzeczywiście jakoś wpływa na życie słuchaczy, czy oni decydują się zrobić jakiś krok w wierze, czy zbliżają się wskutek tego głoszenia do Jezusa? Nie mam do tego zwykle dostępu. To taka mała ofiara każdego rekolekcjonisty. Z pochwał i podziękowań nie można wyciągać pochopnych wniosków i trzeba je traktować bardzo pobłażliwie choć z dużym szacunkiem. Do prawdziwych owoców, które mogą ukazać się później, głosiciel już nie ma jednak dostępu, bo idzie dalej… Może kiedyś, w niebie, stanie się dla mnie jasne, ile osób rzeczywiście skorzystało z mojego głoszenia. Dziś pozostaje mi mieć nadzieję…

A czy ja sam chcę przyjść, żeby mieć życie? Tak bardzo muszę pilnować mojej relacji z Jezusem. Tak bardzo muszę dbać o jej żywotność. Żeby nie stać się chałturnikiem. Żeby nie popaść w nudną powtarzalność i, nie daj Boże, w jakąś postać dostatniego życia Z Ewangelii, zamiast DLA Ewangelii. A czasem po prostu brakuje mi fizycznie sił… Stać mnie tylko na to, żeby westchnąć z miłością… I zasypiam… Jedyna nadzieja w miłosierdziu Pana…

niedziela, 20 marca 2022

dyscyplina...


(Łk 13, 1-9)
W tym czasie przyszli jacyś ludzie i donieśli Jezusowi o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział:"Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, iż to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jeruzalem? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie". I opowiedział im następującą przypowieść: "Pewien człowiek miał zasadzony w swojej winnicy figowiec; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym figowcu, a nie znajduję. Wytnij go, po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok go pozostaw, aż okopię go i obłożę nawozem; i może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz go wyciąć”. 

 

Mili Moi…
Dziś rozpocząłem rekolekcje w Malborku, w przyzamkowym kościele św. Jana Chrzciciela. Posługę pełnią tu księża orioniści, których znam bardzo dobrze i rzeczywiście czuję się jak wśród przyjaciół. Same rekolekcje są bardzo „lekkie” dla mnie, jako rekolekcjonisty, jeśli chodzi o ilość wystąpień. Dziś w sumie tylko pięć, a jutro i pojutrze po trzy dziennie. Zadbał Pan o mnie układając kolejność tych parafii, bo to taki oddech po Grudziądzu, a przed Zduńską Wolą, gdzie miałem i mieć będę duże grupy dzieciaków.

Grudziądz przyjął mnie niezwykle sympatycznie… Zdałem sobie sprawę, że rekolekcji dla dzieci nie prowadziłem w takim wymiarze właściwie niemal od ośmiu lat. To sprawiło, że z początku odczuwałem duże napięcie związane z pytaniem – czy ja się jeszcze do tego nadaję? Ale wkrótce okazało się, że nie jest ze mną jeszcze tak całkiem źle… Najmniejsze dzieciaki – wiadomo – trudno utrzymać ich uwagę, ale nie ma w tym złej woli, ani tym bardziej złośliwości z ich strony. Nieco starsze (klasy 4-6) pozytywnie mnie zaskoczyły, bo dość chętnie współpracowały i były w większości zainteresowane. Najtrudniej było z ostatnimi klasami podstawówki i liceum. Nie to, żeby byli głośni, czy niegrzeczni. Ale za to… całkowicie nieobecni. Obojętność, która od nich biła, mroziła każdy przejaw chęci, żeby dać im jak najwięcej… Ale generalnie było całkiem nieźle. Ludzie serdeczni, słuchający… A rekolekcje dla dzieci powinienem brać od czasu do czasu… dla pokory. Przywykłem do serdecznej wdzięczności w kontekście głoszenia, któremu się oddaję. Wielu ludzi naprawdę potrafi to docenić i wyrazić to na zewnątrz. W przypadku dzieci, zwłaszcza tych najmniej zainteresowanych, nie ma żadnej widzialnej nagrody. Tam może chodzić wyłącznie o Słowo Boże i jego głoszenie…

Na razie więc delektuję się piękną pogodą i zbieram siły dzieląc się z mieszkańcami Malborka tym, co sam odkryłem i przeżyłem w kontekście Słowa. Przy okazji, w te dni, spotkanie z Działem Edukacji na Zamku w sprawie naszego tegorocznego Biegu Małych Rycerzy. Jest tak wiele spraw…

… a ja, zwłaszcza dziś, nad Słowem, zdałem sobie sprawę, że mam w ostatnim czasie ogromne problemy z dyscypliną. Nie wiem czy to kwestia duchowa, związana z Wielkim Postem. Ale począwszy od dyscypliny żywieniowej, a skończywszy na modlitewnej, jest mi szalenie trudno „się upilnować”. Nie wyrabiam ze wszystkim, co chciałbym i powinienem każdego dnia zrobić. Na coś zwykle brakuje mi czasu. Zmęczenie zmniejsza moją czujność, więc nawet pilnowanie tego co i ile jem staje się kłopotliwe. A dziś słyszę – jeśli się nie nawrócicie, tak samo zginiecie… Czuję, że zginę, że to jest całkiem realne, jeśli nie zacznę od siebie wymagać. A tymczasem z końcem każdego dnia, staję przed Panem ponownie rozczarowany samym sobą… Paradoksalnie w takich chwilach wraca mi myśl o Ameryce… Bo tam miałem czas o siebie zadbać… Oczywiście to tylko myśli – niespecjalnie uciążliwe i natarczywe… Może rzecz w tym, żeby nauczyć się odmawiać… Ale jak odmówić głoszenia Słowa, kiedy mogę się tego podjąć, kiedy termin jest wolny? Jak miałbym to skomponować z moim kapłaństwem, w którym nie zamierzałem się nigdy oszczędzać? Zagadka… No ale dość rozczulanie się nad sobą… Gorzkie Żale się zbliżają… Czas pobyć z Panem, który dla mnie nie oszczędzał się ani trochę…


sobota, 12 marca 2022

w drogę...


(Mt 5, 43-48)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski".

 

Mili Moi…
Rekolekcje w Bolszewie były niezłą wprawką przed kolejnymi seriami, które przede mną. Mam na myśli rzecz jasna ilość wystąpień – tam była niewielka (za to atmosfera przednia). Co innego w Grudziądzu, gdzie dotarłem dziś. Wielka, osiedlowa parafia świętego Maksymiliana, gdzie mam przemawiać do dorosłych, dzieci i młodzieży. Dawno już nie przerabiałem takiego zestawu i zapowiada się roboty huk… Oby Pan wspierał mnie swoją łaską…

Poza tym zajmuję się na przykład gaszeniem rekolekcyjnych pożarów. Jednym z moich obowiązków jest koordynacja nieformalnej grupy rekolekcjonistów w naszej prowincji zakonnej. Polega to na tym, że czasem dzwoni do mnie jakiś proboszcz i mówi – znajdź mi ojcze jakiegoś franciszkanina na rekolekcje wielkopostne… No i szukam. To nie takie trudne, kiedy termin jest odległy, można to włączyć w jakieś osobiste plany, można dać czas na zastanowienie. Gaszenie pożarów polega na tym, że, choćby wczoraj, dzwoni proboszcz i mówi – ratujcie, miałem na rekolekcje zamówionego księdza z Ukrainy – z oczywistych przyczyn nie przyjedzie… Albo dziś – pomóżcie, bo w wyniku jakiegoś komunikacyjnego nieporozumienia zostałem bez rekolekcjonisty na ten Wielki Post… To już zadanie trudniejsze, bo większość braci zajmujących się tą działalnością, ma już swoje zajęcia… Telefonów trzeba wykonać znacznie więcej… Ale na szczęście i nas niemało… Więc ostatecznie zwykle udaje się uratować sytuację…

Dziś pakowanie auta po dach… Zapomniałem już jak to jest… Obraz świętego Franciszka, krzyż z San Damiano, z którego Pan przemówił do niego, dodatkowy habit dla zobrazowania jak to jest „nosić się jak zakonnik”, nagrody na konkurs plastyczny „namaluj rycerza”, wizyta na zamku w Sztumie, gdzie od niezawodnych przyjaciół z Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej wypożyczka gadżetów, żeby pokazać jak to jest „nosić się jak rycerz”… Dużo zachodu i energii 😊 A dzieciaki zapomną mnie zanim jeszcze zdążę z Grudziądza wyjechać 😊 Pamiętacie co mówili Wam księża w dzieciństwie? Ja nie pamiętam ani jednego… Nabieram przekonania, że nie ma większego znaczenia co powiem – najważniejsze, żeby im pokazać, że Pan Bóg jest ważny, a dla Niego one są ważne… Żeby choć tyle zapamiętały…

No i to słonce wschodzące dla złych i dobrych… Nie oburza mnie to, bynajmniej… Raczej pokazuje, że chrześcijaństwo jest bardzo trudną i wymagająca religią, a zbyt wielu wyznawców nie zdaje sobie zupełnie z tego sprawy. Kontynuują tradycję „chodzenia do kościoła” która (niczym zawodnicy w łyżwiarstwie szybkim nie mający ze sobą żadnego kontaktu, ale sunący obok siebie), nie ma żadnego styku z życiem. Jak to zmienić? Jak pokazać, że trochę bardziej pobożne pogaństwo nie jest tym, o co Panu Bogu chodzi? Że ON chce dokonać w nas diametralnej zmiany, a przez nas tę zmianę wprowadzić w świat? Że to musi nas cholernie dużo kosztować? Jak o tym mówić???

Nie wiem… Mam tylko wrażenie, że każdy kolejny dzień to jakaś wielka strata… Dlatego dopóki wystarczy sił… Dopóki jest za co zatankować bak… Dopóki styki w mózgu się nie przegrzeją… W drogę…

sobota, 5 marca 2022

zjeść ciastko...


(Łk 5, 27-32)
Jezus zobaczył celnika, imieniem Lewi, siedzącego na komorze celnej. Rzekł do niego: "Pójdź za Mną!" On zostawił wszystko, wstał i z Nim poszedł. Potem Lewi wydał dla Niego wielkie przyjęcie u siebie w domu; a był spory tłum celników oraz innych ludzi, którzy zasiadali z nimi do stołu. Na to szemrali faryzeusze i uczeni ich w Piśmie, mówiąc do Jego uczniów: "Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?" Lecz Jezus im odpowiedział: "Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać do nawrócenia się sprawiedliwych, lecz grzeszników".

 

Mili Moi…
Dziś o 11.15 domknąłem czterdziesty drugi rok mojego życia i wszedłem w kolejny. Stali czytelnicy wiedza, że każdego roku w tym dniu nieco dramatyzuję… :) Dziś nie będę, choć uczucia zbliżone… :) Na wszystko coraz mniej czasu, a zwłaszcza na nawrócenie. Wypadałoby więc nie zwlekać… Dziś sobie uświadomiłem, że moja mama była zaledwie trzy lata starsza ode mnie, kiedy odchodziła do wieczności… Z pewnością nie powinienem z niczym zwlekać…

Dziś już dotarłem do Bolszewa, gdzie rozpoczynam rekolekcje za godzinkę. To arcyciekawe doświadczenie. Byłem tu z rekolekcjami 11 lat temu. Co ciekawe jest tu nadal ówczesny proboszcz, choć nie pełni już tej funkcji. A ówczesny wikariusz jest teraz proboszczem i to on mnie zaprosił. Piękne miejsce od lat prowadzone przez księży pijarów. Przed południem zaś świętowaliśmy Pierwszą Sobotę w gronie czcicieli Niepokalanego Serca Maryi. Lubię te momenty. Z Maryją jest tak spokojnie – bez cienia zamieszania i chaosu. Łagodna modlitwa płynąca z serc Jej oddanych. Ze zdumieniem zauważam, że Pan wprowadza mnie znów w takie zwyczajne, proste, może w jakimś sensie tradycyjne formy. Nie bronię się… Odpoczywam tam… Choć kosztuje mnie to zwykle dużo – przygotować nauczanie , wziąć odpowiedzialność za całość.

I takie to dziś świętowanie. Może choć wieczorem się uda odrobinę…

Ale wracam do nawracania, które powinno się zacząć dziś… Wszak Pan właśnie do tego zaprasza i pokazuje jasno, że wobec Jego propozycji należy dokonać swoistej reorientacji swojego życia. Muszę przyznać, że mocno mówi do mnie „metoda teologiczna” sugerowana przez Jana od Krzyża, który mówi – zajmij się Bogiem, a stracisz ochotę na grzech… Mniej walcz, a bardziej kochaj. Noszę w sobie takie ogromne pragnienie zanurzenia się w Nim. Ustawiczny głód, który nazywam „więcej”. Tak, chcę więcej Boga, więcej Jego obecności, więcej światła… Chcę, żeby mnie całkowicie pochłonął. A mam wrażenie, że jestem wciąż na progu, że nie mam do końca odwagi go przekroczyć, że stoję i… marzę…

Lewi mi bardzo imponuje… Pożegnalna uczta i od jutra zmiana wszystkiego. Podwójna trudność. Bo nie tylko zostawia za sobą zajęcia i dotychczasowy model życia, ale również środowisko – swoich dotychczasowych przyjaciół. Odczuwa żal? Wszak byli to jakoś mu bliscy ludzie, których dziś opuszcza i wchodzi w zupełnie inna grupę społeczną – o innych zasadach, innym etosie. Ale nie waha się. Robi ten krok odważne. Podejmuje ryzyko. Nie da się bowiem żyć według zasady – mieć ciastko i zjeść ciastko… Może moje uda mi się wreszcie zjeść… Oby w czterdziestym trzecim roku mojego żywota…

niedziela, 27 lutego 2022

zacząć od belki...


 
(Łk 6, 39-45)
Jezus opowiedział uczniom przypowieść: "Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj? Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku? Jak możesz mówić swemu bratu: „Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku”, podczas gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, usuń najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka brata swego. Nie ma drzewa dobrego, które by wydawało zły owoc, ani też drzewa złego, które by dobry owoc wydawało. Po własnym owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia, ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron. Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło. Bo z obfitości serca mówią jego usta".

 

Mili Moi…
Właśnie zakończyłem krótkie rekolekcje dla młodzieży u sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Poznaniu. Nazywamy je „Lectio Divina”, ale rzecz jasna są one czymś na kształt takich rekolekcji, ponieważ trudno mówić o Lectio Divina z kilkoma tematami przeprowadzanych w dwa dni. Ale uczymy młodzież kontaktu ze Słowem i tego, jak wiele można z niego wyczytać… A wchodzą w to chętnie. Uczestników było dwanaścioro. I tym razem nie tylko dziewczyny, ale również trzech chłopaków, co cieszy jakoś podwójnie. A naszym bohaterem był Mojżesz...

Nie wiem jak u Was, ale w Poznaniu dzień był przepiękny. Zatem po obiedzie wyruszyłem w moją ulubioną trasę. Oczywiście na lotnisko. Ileż ja tam poznańskich kryzysów przesiedziałem. Miałem wrażenie, że będziemy wkrótce witać się z celnikami jak starzy znajomi. Był taki moment w pandemii, że na poznańskim lotnisku kręcili się tylko oni i ja… Tam zawsze czekał Pan Jezus – w cichej i skromnej kaplicy. Nikt nam nie przeszkadzał. Omówiliśmy sporo kwestii. A może raczej trzeba powiedzieć, że to ja mówiłem. A On słuchał. Cierpliwie. Dziś już zupełnie inaczej… Na spokojnie… Choć na widok startującego samolotu, serce mi żywiej zabiło. Uwielbiam latać i kocham lotniska…

A jutro i pojutrze nagrywamy rekolekcje internetowe, których zapowiedź zamieszczam Wam u początku tego wpisu. W tym roku dokona się to w gościnnych podziemiach klasztoru karmelitów w Poznaniu. Dwadzieścia sześć nauk… Krótkich wprawdzie, ale im krótsze, tym trudniejsze, bardziej wymagające. Jak bowiem ocean myśli zamknąć w kilku niewielkich strumieniach – zdaniach, które mają stać się inspiracją dla słuchacza, który nie ma za wiele czasu…? Zobaczymy pewnie wkrótce na ile mi się udało…

Kiedy te nauki tworzyłem, zdałem sobie sprawę, że Pan prowadzi mnie w obszar trudnych treści. Powstały rekolekcje trochę prowokacyjne. A dziś usłyszałem – nie usuwaj drzazgi z oka swego brata… Nie będę… Cały czas przypominam sobie, że uczciwość nakazuje, abym to ja był pierwszym słuchaczem słowa, które chcę wygłosić wobec innych. Mnie te rekolekcje zabolały. Pan poruszył kilka napiętych we mnie strun. I zabrzmiały fałszywą nutą. Zobaczyłem, że materiału do pracy nad sobą mam jeszcze na bardzo długi czas. Belki wciąż w moim oku tkwią i mają się dobrze. Oby Pan pouczył mnie w jaki sposób je skutecznie pożegnać.

poniedziałek, 21 lutego 2022

Boży żar...


(Mk 9, 14-29)
Gdy Jezus z Piotrem, Jakubem i Janem zstąpił z góry i przyszedł do uczniów, ujrzał wielki tłum wokół nich i uczonych w Piśmie, którzy rozprawiali z nimi. Skoro Go zobaczyli, zaraz podziw ogarnął cały tłum i przybiegając, witali Go. On ich zapytał: "O czym rozprawiacie z nimi?" Jeden z tłumu odpowiedział Mu: "Nauczycielu, przyprowadziłem do Ciebie mojego syna, który ma ducha niemego. Ten, gdziekolwiek go pochwyci, rzuca nim, a on wtedy się pieni, zgrzyta zębami i drętwieje. Powiedziałem Twoim uczniom, żeby go wyrzucili, ale nie mogli". Odpowiadając im, Jezus rzekł: "O plemię niewierne, jak długo mam być z wami? Jak długo mam was znosić? Przyprowadźcie go do Mnie!" I przywiedli go do Niego. Na widok Jezusa duch zaraz począł miotać chłopcem, tak że upadł na ziemię i tarzał się z pianą na ustach. Jezus zapytał ojca: "Od jak dawna to mu się zdarza? Ten zaś odrzekł: "Od dzieciństwa. I często wrzucał go nawet w ogień i w wodę, żeby go zgubić. Lecz jeśli coś możesz, zlituj się nad nami i pomóż nam". Jezus mu odrzekł: "Jeśli możesz? Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy". Zaraz ojciec chłopca zawołał: "Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!" A Jezus, widząc, że tłum się zbiega, rozkazał surowo duchowi nieczystemu: "Duchu niemy i głuchy, rozkazuję ci, wyjdź z niego i więcej w niego nie wchodź!" A ten krzyknął i wyszedł, silnie nim miotając. Chłopiec zaś pozostawał jak martwy, tak że wielu mówiło: "On umarł". Lecz Jezus ujął go za rękę i podniósł, a on wstał. A gdy przyszedł do domu, uczniowie pytali Go na osobności: "Dlaczego my nie mogliśmy go wyrzucić?" Powiedział im: "Ten rodzaj można wyrzucić tylko modlitwą i postem".

 

Mili Moi…
Serdeczności Wam przesyłam ze Zduńskiej Woli. Jutro rano kończę tu rekolekcje dla sióstr orionistek. Mówię do nich już trzeci rok z rzędu. Można więc powiedzieć, że znamy się jak „łyse konie”.  Głosi się dobrze, choć ostatni dni były dla mnie dość trudne. Nie wiem czy powodem jest ofiara, której potrzebowały słuchaczki, czy szalejąca pogoda, ale moje ciśnienie i tętno również zaszalały i czułem się dość podle. Ale sytuacja opanowana i działamy dalej. Dopóki Pan pozwoli.

Siedzę jednocześnie nad rekolekcjami internetowymi, które za tydzień mamy nagrywać. Jak każde, również i te są dla mnie wymagające. W tym roku pod hasłem „Czemuś mnie opuścił?” Tytuł niełatwy i treści niełatwe. Widzę wyraźnie, że Pan prowadzi mnie do pewnych radykalnych przypomnień czym jest nasza wiara i jak wymagające jest bycie prawdziwie wierzącym. Oczywiście nie tylko to, bo nade wszystko przypomina jak wielka to dla nas łaska. Połączenie jednego z drugim jest być może jakimś małym elementem tego wielkiego oczyszczenia Kościoła, które się dziś dokonuje, tej polaryzacji postaw i weryfikacji decyzji wobec, której każdy z nas chyba codziennie staje. Czy iść za Jezusem na poważnie, czy może jednak wszystko to sobie darować. Widząc pustoszejące świątynie czas pewnie postawić sobie pytanie – a co ze mną? Gdzie w tym wszystkim jestem ja?

Przy okazji zaczynam powoli myśleć o rekolekcjach wielkopostnych, które mnie czekają w parafiach. Będzie ich aż sześć. Zastanawiam się czy fizycznie dam radę. Dawno już takich szaleństw nie podejmowałem. Tu mogę chyba tylko polegać na łasce. Zaczynam w pierwszą niedziele u księży pijarów w Bolszewie pod Wejherowem. Wiele lat temu już tam głosiłem. Ciekawy będzie taki powrót…

A Słowo mnie dziś prowokuje do takiej silnej refleksji, że poszukiwania ratunku w ludzkich niedolach na mnie powinny się kończyć. W tym sensie oczywiście, że za laską Boga, moja posługa powinna być skuteczna. To kwestia mojej wiary, która dziś doznala silnego poruszenia. Nie wiem jakie motywacje były bardziej obecne w Apostołach – czy chcieli rzeczywiście pomoc ojcu i chłopcu, czy być może stojąc wobec tłumu, chcieli dobrze wypaść, chcieli dowieść, że jednak to wszystko działa. Być może z tego wyniknęła ich słabość. Być może zabrakło wiary, bo zastąpiły ją inne, bardziej ludzkie motywacje.

Pomyślałem sobie dziś czy moja modlitwa jest związana z walką duchową? Czy zmagam się o tych ludzi, którzy mi się powierzają, czy mi na nich naprawdę zależy, czy odnajduje w sobie wystarczającą wrażliwość, żeby się poważnie zaangażować? Bo przecież tak właśnie powinno być. Każdy z polecających mi się powinien stać się choćby na chwile całym moim światem. Bo gdzie ludzie mają iść z bolesnymi tematami, gdzie mają szukać wiary, jeśli nie w księdzu, we franciszkaninie? To powinno być tak oczywiste, że ta wiara jest skuteczna. I jeszcze raz – nic swoja mocą, ale wszystko w mocy Jezusa.

Zauważyłem dziś, że wciąż brakuje mi pewnej dozy odwagi, żeby modlić się natychmiast z proszącymi. Żeby ich nie odsyłać tylko z deklaracją modlitwy za nich, ale żeby wołać wraz z nimi, wspólnie, właśnie teraz, kiedy przychodzą i proszą. A jednocześnie mieć wiele cierpliwości. Dać im czas na wypowiedzenie swojego bólu. Przecież to właśnie zrobił Jezus, kiedy spytał ojca chłopca – od jak dawna mu się to zdarza? Przecież ta wiedza nie była Mu do niczego konieczna. Ale była to chwila dla ojca – żeby mógł opowiedzieć, żeby się podzielił. To jest takie ważne. Ale nie można na tym skończyć. Kresem jest uwolnienie dziecka. Po to ojciec przyszedł. Jezus więc wzbudza w nim wiarę i o tej wierze mówi później do swoich uczniów. Nawet jeśli opuścić wskazanie do postu (co czyni wiele z dawnych kodeksów), to chodzi nade wszystko o wskazanie, że działającym jest Bóg – nigdy człowiek. Post (dodawany w niektórych tłumaczeniach) jest z pewnością ważnym elementem ludzkiego zaangażowania i wielkim przypomnieniem – dlaczego to robię, dlaczego skupiam się nad tym człowiekiem, dlaczego o niego proszę… Mój mały wkład, ale moc przepotężna z Boga. Obym potrafił to podejmować w codzienności… Dziś Pan wlał nowy żar w moje serce…

poniedziałek, 14 lutego 2022

w drodze...


(Łk 10, 1-9)
Spośród swoich uczniów wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: "Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: „Pokój temu domowi!” Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: „Przybliżyło się do was królestwo Boże”.

 

Mili Moi…
Wczoraj zakończyłem bardzo intensywny weekend… Najpierw wizyta w radio i nagrania… To rzecz jasna bardzo przyjemna praca, co nie oznacza, że łatwa i lekka. Domaga się dużego skupienia i solidnego wysiłku. I dobrze. Bo wówczas nagroda, którą jest dla nas zwykle wieczorna wycieczka do Warszawy, smakuje najlepiej. A czwartkowy wieczór był piękny – niemal wiosenny…

Z radia wyruszyłem do Międzyrzecza. Tam intensywne, choć krótkie rekolekcje dla wspólnoty Galilea, a właściwie dla wszystkich, którzy dali się na nie zaprosić. Rekolekcje poświęcone były Eucharystii. Ich realizacja była oparta o dostępne możliwości – odbywały się w parafii, więc musieliśmy uwzględnić wydarzenia już wcześniej zaplanowane. To trochę utrudnia zawsze prowadzenie. Bo jednak najwygodniej jest wtedy, kiedy rekolekcje są niejako „w jednym kawałku”. Tymczasem tu czekało nas kilka wizyt w kościele i powrotów do domu, co samo w sobie okazało się być dość męczące. Za to jak zawsze, sporo serdecznych spotkań z ludźmi… Ale myślę sobie, że w gruncie rzeczy rekolekcje zostały całkiem dobrze przyjęte. I ufam, że to słowo pogłębi miłość słuchaczy ku naszemu Panu…

W niedzielę zaś, okazałem się pomocny w parafii, gdzie głosiłem wspomniane rekolekcje, ponieważ pojawiły się trudności kadrowe związane z Covidem. Całe przedpołudnie więc spędziłem na pracy duszpasterskiej, co mnie zawsze cieszy. Do domu zaś wróciłem wieczorem. Jak zawsze – przespać się, przepakować, i…

Jutro już ruszam na tygodniowe rekolekcje dla sióstr Orionistek do Zduńskiej Woli. To, co mam im do powiedzenia, leży już wydrukowane na biureczku, więc jestem chyba gotów. Trzeci rok z rzędu będą te biedaczki zmuszone mnie słuchać, choć broniłem się już trochę wobec tego zaproszenia, bo to chyba jednak za dużo – zawsze element świeżości i zaskoczenia również ma swoje znaczenie. Więc ten rok będzie już z pewnością ostatnim…

Ale nieodmiennie mnie cieszy model mojego życia… Trochę męczy, ale bardziej cieszy… Jak w dzisiejszej Ewangelii – jestem w drodze… I? Czyżby tu podobieństwa z Apostołami się kończyły? No może nie do końca. Ale jeszcze z pewnością wiele mi brakuje, żeby zrealizować wszystkie wskazania Jezusa. A kiedy sobie pomyśle, że moja posługa mogłaby być jeszcze bardziej owocna, nośna, przekonująca… To aż pojawia się pokusa, żeby spróbować. Żeby „pójść na całość”. Bo wciąż wiele we mnie zachowawczych i zapobiegliwych postaw… A przecież chcę być narzędziem… Zawsze i w sposób w jaki On o tym zdecyduje… Wiele jeszcze musze się nauczyć… A może jest inaczej… może musze po prostu dać pochłonąć się jego łasce…