sobota, 31 października 2020

balony...


(Łk 14,1.7-11)
Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. Opowiedział wówczas zaproszonym przypowieść, gdy zauważył, jak sobie pierwsze miejsca wybierali. Tak mówił do nich: "Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: "Ustąp temu miejsca". I musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: "Przyjacielu, przesiądź się wyżej". I spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony”.

 

Mili Moi…
Zamknięte cmentarze… Muszę przyznać, że byłem pewien, że tak się stanie. Ale sądziłem, że najpóźniej w czwartek. Zdziwiło mnie, kiedy to nie nastąpiło. Szkoda, że w ostatniej chwili, kiedy część ludzi już pewnie wyruszyła w podróż. Ale nie po to, by krytykować, o tym piszę. Po pierwsze, widzę, że to, co zakazane, zawsze kusi najbardziej. Jakąż ja miałem dziś ochotę wybrać się… na cmentarz. Często na nich bywam, bo bardzo je lubię. Tam nikt nie gada głupot, wszyscy już wiedzą, co wiedzieć należy. Ale dziś szczególnie i wyjątkowo mnie kusiło… Oczywiście nie wybrałem się. Ale próbując szukać jakichś jasnych stron, myślę sobie, że mamy szansę skupić się na najgłębszej istocie Uroczystości Wszystkich Świętych, którą jest świętość właśnie, nie mająca zbyt wiele wspólnego z doniczką chryzantem i zapalonym zniczem. Oczywiście te gesty pamięci są jak najbardziej właściwe, ale zacierają nam chyba nieco od lat, to o czym mozolnie próbujemy na ambonach w te dni przypominać. Że mniej o zmarłych myślimy, a bardziej o świętych. Dzień wspominania zmarłych nastąpi w poniedziałek – choć w tym roku również w tym dniu cmentarze pozostaną zamknięte. Może więc łatwiej będzie uchwycić najgłębszy sens tego pierwszego listopadowego dnia.

Ja zabrałem się za pracę… W przyszłym tygodniu mamy zamiar nagrać internetowe rekolekcje adwentowe. To dwadzieścia pięć nauk. Krótkich wprawdzie, ale tym większa trudność. Łatwiej mówić długo i rozwlekle niż w kilku słowach zawrzeć istotne treści. Siedzę więc i umysł pracuje na najwyższych obrotach. Martwię się tylko, że będą to w tym nadchodzącym Adwencie jedyne rekolekcje, które wygłoszę. Mam wprawdzie dwie serie przyjęte, we Wrocławiu i w Legnicy, ale któż jest w stanie przewidzieć co będzie za miesiąc. Za dobrze to wszystko nie wygląda.

Dzisiejsza przestroga Jezusa, myślę sobie, nie dotyczy tylko i wyłącznie tego, co widzialne. Zachowanie opisane przez Ewangelistę, a polegające na zajmowaniu najprzedniejszych miejsc, traktujemy chyba dziś jako przejaw pewnego prymitywizmu i traktujemy z pobłażliwym sceptycyzmem. Czasem nas to złości, czasem śmieszy. Dużo gorzej chyba, kiedy człowiek zachowuje się podobnie, ale w sposób nie dostrzegalny, albo nie łatwy do zidentyfikowania. Czujemy, że coś jest nie w porządku, ale nie do końca wiemy co. Szczególnie niebezpieczne jest to zaś dla niego samego, ponieważ pycha rozdyma go do tego stopnia, że czasem nie jest już w stanie myśleć racjonalnie. Staje się niewolnikiem „szacunku do siebie”, „swoich kompetencji”, „własnego profesjonalizmu”, „nieprzeciętnych umiejętności”, „niezwykłego talentu” lub wielu innych, tym podobnych przekonań.

Kiedy taki rozdęty balon pychy pęka, a przecież tak bywa, zostaje z niego niewiele. „Kawałek mokrej gumy”, który wygląda raczej żałośnie i z całą pewnością nikogo już nie jest w stanie zachwycić. Czasem sobie myślę czy jestem czymś więcej? Kawałek gumy, który napina się na różne sposoby, próbuje się nadymać, żeby wyglądać lepiej, żeby być zauważonym, zapamiętanym, perfekcyjnie przygotowanym. A potrzeba mało, albo tylko jednego… Potrzeba mi tylko przypominać sobie o tym, kim jestem ja, a kim jest ON, ten, który trzyma ten balon mojego życia w swoich rękach. Dla Niego on jest ważny. I to wystarczy.

środa, 28 października 2020

człowiek ma twarz...


(Łk 6, 12-19)
W tym czasie Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja; Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy; Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich.

 

Mili Moi…
Witajcie… Mój urlop jeszcze trwa, ale postanowiłem wrócić do Poznania. Z różnych względów, ale chyba głównie, żeby w tym dziwnym czasie być razem z braćmi. Ale o tym może za chwilę.

Wybaczcie, że nie pisałem… Ale reset był całkowity. Nie powiem, że urlop to jest to, „co tygryski lubią najbardziej”. Myślę, że jeśli chodzi o mój czyściec, to słowo „urlop” będzie konkurowało ze słowem „szpital”. Obie rzeczywistości są dla mnie dość przerażającą wizją. Ale czego można się było spodziewać po klasycznym pracoholiku? No w każdym razie przeżyłem. Być może nawet odpocząłem, ale nie znam tego stanu, więc trudno mi stwierdzić…

Głównie łaziłem po lesie. Nie ma więc czego opisywać. Grzybów w naszych stronach było jak na lekarstwo. Każdego dnia coś przynosiłem, ale raczej nie było to satysfakcjonujące. Spacery jednak tak… Codziennie przynajmniej dwanaście – czternaście tysięcy kroków. Niejednokrotnie w ramach nordic walkingu. Z radością wiec mogę wyznać, że po kilku miesiącach jest obywatela dwanaście kilogramów mniej.

Jako że jednak jestem człek „wielkomiejski”, to znaczy – dużo lepiej czuję się w dużym mieście niż w małym. Co więcej, epidemia nie oddaje pola – a zawsze to lepiej chorować w swoim pokoju (gdyby co, rzecz jasna) niż w „swoim – nieswoim”; lepiej w otoczeniu dobrych książek niż „rozbebeszonej” walizki. No i wydarzenia bieżące… Wszystko to sprawiło, że dziś wsiadłem w auto i jestem w domu…

Czytam tę dzisiejszą Ewangelię i myślę o Apostołach, którzy zdobyli dla Chrystusa cały ówcześnie znany świat. Byli w stanie przekonać do swoich poglądów nie krzycząc i nie podnosząc głosu, nie łamiąc trzciny nadłamanej i nie gasząc knota o nikłym płomyku. Zupełnie jak ich Pan. A nade wszystko nie domagali się szacunku dla swoich poglądów, gardząc innymi, cudzymi poglądami; gardząc drugim człowiekiem…

Dziś po południu szedłem po zakupy… Mijałem dziesiątki bardzo młodych ludzi, którzy znów zgodnym chórem zakrzykną dziś „Wypie…lać!!!”, którzy zatrzymają się pod niejednym kościołem i zawołają „Je…ać kler”, którzy będą przekonani, że „mają prawo”, bo niosą w sobie „słuszny gniew”. I myślałem o tym, kto zawiódł. Kto ich tak wychował? Kto wpoił w nich przekonanie, że tak wolno? Że nie ma żadnych świętości? Że granice nie istnieją? Że jeśli chcesz, to możesz i nic nikomu do tego…

Nie chcę żyć w takim świecie. W świecie barbarzyńców i przerażająco dzikich ludzi. Wołam do Jezusa MARANA THA! Przyjdź i ratuj człowieczeństwo. Bo ono niebezpiecznie pląsa u progu nicości. Ratuj człowieczeństwo w człowieku! Przypomnij każdemu, że ma twarz... Marana tha!

sobota, 3 października 2020

jak błyskawica...


(Łk 10, 17-24)
Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością, mówiąc: "Panie, przez wzgląd na Twoje imię nawet złe duchy nam się poddają". Wtedy rzekł do nich: "Widziałem Szatana, który spadł z nieba jak błyskawica. Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi. Jednakże nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie". W tej to chwili rozradował się Jezus w Duchu Świętym i rzekł: "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Ojciec mój przekazał Mi wszystko. Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec; ani kim jest Ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić". Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: "Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli".

 

Mili Moi…
Za chwilę ruszam do Akademii Królowej Jadwigi, która wznawia swoje zajęcia po wakacjach. Zawożę im dar Eucharystii, która stoi w centrum ich pierwszosobotnich spotkań. Wspominałem Wam już kiedyś o tym środowisku, które dąży do wychowania dziewcząt w duchu personalizmu chrześcijańskiego, dbając o ich kulturę, rozwój duchowy, pomagając im zaspokoić potrzeby wyższe. Szalenie podoba mi się ta idea, więc współpracuję z nimi z przyjemnością.

Dziś wieczorem zaczynam również świętować uroczystość naszego Założyciela, św. Franciszka, wraz ze wspólnota parafialną w Komornikach. Tamtejszy proboszcz zaprosił mnie, żebym jego parafianom przybliżył nieco jego postać. Jestem już wprawdzie na urlopie, ale nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności wygłoszenia słowa o świętym, który mnie dawno temu zafascynował. Jutro wieczorem zamierzam jednak zmierzać do domu i urlopować „do upadłego”.

Wczoraj wieczorem odszedł do Domu Ojca nasz współbrat, o. Janusz. Niestety przyczyną jego śmierci jest COVID. Miał 64 lata. Polecam go Waszej modlitwie. A i za siebie nawzajem się módlmy. Uważam, że żyć trzeba w miarę normalnie, ale z pewnością konieczne jest zachowywanie ostrożności i przysłowiowe „dmuchanie na zimne”. Dbajcie o siebie nieco…

Dziś zaś Słowo motywuje mnie do reorientacji przyczyn mojej radości. Żyjemy w świecie, który od samego początku naszego życia uczy nas, co powinno sprawiać nam radość – sukces, zaspokojone ambicje, przyjemności, dobra materialne. A Pan przychodzi ze słowem – cieszcie się z tego, że wasze imiona zapisane są w niebie. To jeden z tych powodów do radości, wobec których stajemy zdumieni i aż chce się powiedzieć – no chyba to jednak trochę za słabe. Owszem, ale tylko wówczas, jeśli nie zna się, nie rozumie wartości Królestwa. Jeżeli nasze oczy pozostaną „związane” tylko ziemskimi sprawami, jeśli nasze serce będzie nastawione tylko na ziemskie radości, to z całą pewnością nie doznamy nigdy spełnienia – to po pierwsze – będziemy wciąż za czymś gonić, tęsknić, czegoś żałować, zazdrościć, pożądać. Po drugie zaś nie doświadczymy tego, o czym Pan dziś mówi w odniesieniu do maluczkich i prostaczków – objawienia chwały Bożej, Prawdy, Mocy Miłości. Serce zajęte tym światem nie ma czasu ani miejsca w sobie na rzeczy Boże.

Największy problem chyba w tym, że my to wiemy, nawet się z tym zgadzamy, a jednocześnie próbujemy to jakoś zbalansować. Wydaje nam się, że uda się te dwie rzeczywistości połączyć, wymieszać, obie zrealizować. Tymczasem to kolejna płaszczyzna życia, w której Bóg mówi „albo – albo”. I może właśnie dlatego nasze chrześcijaństwo „nie działa”. To znaczy nie doświadczamy tego, co Pan obiecuje, ponieważ nie decydujemy się wejść w to wszystko „na całego”. Nie traktujemy Go wystarczająco poważnie.

środa, 30 września 2020

coś o lisach...


(Łk 9, 57-62)
Gdy Jezus z uczniami szedł drogą, ktoś powiedział do Niego: "Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz". Jezus mu odpowiedział: "Lisy mają nory i ptaki podniebne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł położyć". Do innego rzekł: "Pójdź za Mną". Ten zaś odpowiedział: "Panie, pozwól mi najpierw pójść pogrzebać mojego ojca". Odparł mu: "Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże". Jeszcze inny rzekł: "Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu". Jezus mu odpowiedział: "Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego".

 

Mili Moi…
Nareszcie udało mi się sfinalizować wysyłkę listów do wspólnot Rycerstwa Niepokalanej ze słowem przywitania i zaproszeniem na nasz pierwszy zjazd. Wydaje się to błahostką, ale dla mnie było nie lada wyczynem. Moje obcowanie z komputerem jest naprawdę ograniczone. Wielu rzeczy nie umiem i nie zawsze jest kogo zapytać. A uczyć się jakoś nie bardzo mam ochotę, bo zawsze jest coś ważniejszego na horyzoncie. Tak czy owak, wczoraj wszystko zostało wysłane.

Wczoraj też był jeden z tych najmilszych dni w roku, kiedy człowiek bez wyrzutów sumienia może posłuchać wielu dobrych słów kierowanych do niego przez ludzi życzliwych. I tak właśnie było… Wiele telefonów, smsów, serdecznych życzeń. Imieniny są „bardziej strawne”, bo, inaczej niż urodziny, nie przypominają tak brutalnie o upływającym czasie. W każdym razie to był naprawdę miły dzień.

Za to najbliższe dni będą już bezpośrednim przygotowaniem do urlopu. Muszę przyznać, że niezależnie od warunków pogodowych, które powoli zaczynają być typowo jesienne, zdecydowanie czekam już na tych kilka dni, w których bezkarnie będę mógł polegać pod kocykiem i czytać, chadzać na spacery, rozmyślać o życiu zajmując się choć przez chwilę własnymi problemami, w odróżnieniu od codziennego zajmowania się raczej problemami innych. Wielkich planów nie robię, ale mam nadzieję, na prawdziwy odpoczynek.

Dziś pomyślałem sobie nad Słowem o dwóch rzeczach związanych z moim powołaniem. Po pierwsze o zdolności do decyzji, która w „moich czasach” była jednak zdecydowanie większa niż obecnie. Kiedy czasem rozmawiam z osobami, które wykazują zdecydowane „symptomy powołania” i w zasadzie trudno, żeby Pan Bóg mógł je zawołać jeszcze głośniej, to przekonuję się, że najtrudniej rzeczywiście zostawić za sobą to, co dziś, a wejść w „jutro”. Paraliż decyzyjny wśród ludzi, i to wcale nie najmłodszych, trochę mnie zdumiewa, a bardziej chyba niepokoi.

Ale my, którzy podjęliśmy decyzję… Czy jesteśmy jej wierni? Czy nie obwarowaliśmy jej zastrzeżeniami, których niegdyś, wydawało nam się, nie było? Mam czasem wrażenie jakiejś „ukrytej pretensji” wobec Jezusa, który z całą szczerością, w prawdzie, przedstawia nam nasz przyszły los, nasze bycie z Nim. My, którzy przecież nie różniliśmy się od innych, mieliśmy swoje pragnienia, marzenia, oczekiwania, ale uznaliśmy je „za śmieci” jak pisze Paweł, porzuciliśmy je i poszliśmy za Nim. Czy po jakimś czasie nie wróciliśmy do „śmietników” kontemplując to, „czego zostaliśmy pozbawieni”? Czy nie niesiemy w sobie żalu, że sprawy jednak nie poszły tak, jak się spodziewaliśmy? Albo nie idą dziś według naszych, najlepszych przecież we wszechświecie, planów i wyobrażeń? Czyżby owe „dawne plany” były tak atrakcyjne, czy to może Jezus na „atrakcyjności” w naszych oczach stracił?

Może już czas usłyszeć na nowo i wziąć to sobie do serca – lisy maja nory, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca… A ja z Nim. Bez domu, bez pola, bez żony, bez dzieci… Bez zachcianek, bez kaprysów, bez wielu przyjemności i rozkoszy życia… Bez własnej woli, bez własnych planów, bez jasnej przyszłości… Ale przecież z Nim. Czy to nie wystarczy?

sobota, 26 września 2020

czemu nie mówisz?


(Łk 9, 43b-45)
Gdy wszyscy pełni byli podziwu dla wszystkich czynów Jezusa, On powiedział do swoich uczniów: "Weźcie wy sobie dobrze do serca te słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi". Lecz oni nie rozumieli tego powiedzenia; było ono zakryte przed nimi, tak że go nie pojęli, a bali się zapytać Go o to powiedzenie.

 

Mili Moi…
Miniony tydzień to wizyta w Radio Niepokalanów. Władze się zmieniły, ale nadal jesteśmy przyjmowani z wielką życzliwością. Zainteresowanych informuje, że 4 października wracamy na antenę. A druga część tygodnia to już praca w domu i to taka, której wprost nie znoszę (pewnie dlatego, że nie umiem, a uczyć się nie ma kiedy). Mianowicie na kilka dni stałem się sekretarką. Czas przywitać wspólnoty Rycerstwa Niepokalanej, zaprosić na listopadowy Zjazd, którego organizacją też się zajmuję, wyjaśnić ideę, stworzyć program. Napisać, zaprojektować, wydrukować. Zajmuje mi to wszystko długie godziny, a efekt i tak jest mizerny. Ale jeśli uda mi się poznać jeszcze kilka szczegółów edytorskich, to może w poniedziałek wyślę te listy.

Tymczasem jednak od wczoraj prowadzę weekend powołaniowy u sióstr franciszkanek. Siedemnaście dziewcząt, raczej młodszych (to znaczy na etapie szkół średnich) zastanawia się nad tajemnicą Boga w swoim życiu, a ja mam im w tym pomóc. Pomijając fakt, że głosi się zwykle bardzo dobrze, bo młodzież jest gotowa słuchać, to dodatkowym atutem jest fakt, że spotkanie ma miejsce w Poznaniu, co pozwala mi na noc wracać do klasztoru i spać we własnym łóżeczku.

Przedwczoraj byłem świadkiem osobliwego zdarzenia… To znaczy, w pierwszej wersji tak chciałem rozpocząć tę historię. Ale w „nowym świecie” takie zdarzenia chyba czas zacząć traktować jako całkowicie „normalne”. Miałem okazję spotkać na ulicach nowoczesnego miasta Poznań kilka homoseksualnych par jednego dnia. Za jedną z nich, w wersji żeńskiej, szedłem nawet chwilę, ale zatrzymały nas światła na przejściu dla pieszych. Panie (a raczej dziewczęta, biorąc pod uwagę ich wiek), nie zdawały sobie sprawy, że w ślad za nimi podąża reprezentant tej skrajnie opresyjnej i nietolerancyjnej grupy, jaką jest Kościół Katolicki. Ale w pewnej chwili się obejrzały i mnie dostrzegły. Przypływ czułości, którego na mój widok doznały, trudno mi porównać z czymkolwiek. Bałem się nawet, że jeśli czerwone światło zatrzyma nas dłużej, to będę musiał wezwać kościelną policję obyczajową z pistoletami na różańcowe kulki…

Oczywiście jedna z pań bardzo intensywnie sprawdzała jakie wrażenie to wszystko wywiera na mnie. Może oczekiwała reakcji, któż to wie. Ja natomiast nie mogłem przestać się uśmiechać, ponieważ po tym, co widziałem w Ameryce, czułe występy naszych rodzimych homoseksualistów są zaledwie dziecięcą igraszką i nie robią na mnie najmniejszego wrażenia. A już z pewnością nie budzą skrajnych reakcji. Panie polecone Bożej Opatrzności, może kiedyś, jeszcze za życia, dane im będzie doznać prawdziwej czułości – świętej, czystej, bezgranicznej. Niech im Jezus tego łaskawie udzieli…

A dziś zastanawiam się nad tajemnicą Męki Pana. On dał dostęp do wiedzy o niej swoim uczniom na długo przed tym, jak miała ona miejsce. Ale oni tak bardzo bali się tej prawdy. Woleli jej nie słyszeć. I pomyślałem sobie – ileż to razy ja idę na modlitwę z gotowymi odpowiedziami, albo przynajmniej z wyobrażeniami, co też Pan na moje dylematy winien mi odpowiedzieć. A po modlitwie mówię – nie słyszę Cię, dlaczego nic nie mówisz? Tymczasem On powiedział ważne słowo, raz je powiedział, ale ja nie byłem gotów go usłyszeć. Nie dałem „wolności” mojemu Panu, nie byłem gotów przyjąć wszystkiego, co ma mi do powiedzenia. Nie dopuszczam przecież do siebie prawdy, że mógłby powiedzieć coś trudnego. Skoro Bóg to zawsze ma głaskać, pocieszać, umacniać. W żadnym wypadku zapowiadać rzeczy trudne, albo trudno tłumaczyć te, które już się dzieją. Od tych ma uwalniać, czyż nie? Czy nie po to jest Bogiem? Czy nie dlatego w Niego wierzę? Czy to właśnie nie są Jego zadania?

A On milczy. Rzeczywiście milczy. Bo nie może powiedzieć więcej, zanim nie przyjmę tego, co już powiedział. Ale On wie, że kiedyś się zmęczę i przestanę się miotać. I powiem Amen.

sobota, 19 września 2020

siew trwa...


(Łk 8, 4-15)
Gdy zebrał się wielki tłum i z poszczególnych miast przychodzili do Jezusa, opowiedział im przypowieść: "Siewca wyszedł siać swoje ziarno. A gdy siał, jedno padło na drogę i zostało podeptane, a ptaki podniebne wydziobały je. Inne padło na skałę i gdy wzeszło, uschło, bo nie miało wilgoci. Inne znowu padło między ciernie, a ciernie razem z nim wyrosły i zagłuszyły je. Inne w końcu padło na ziemię żyzną i gdy wzrosło, wydało plon stokrotny". To mówiąc, wołał: "Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!" Pytali Go więc Jego uczniowie, co oznacza ta przypowieść. On rzekł: "Wam dano poznać wprost tajemnice królestwa Bożego, innym zaś w przypowieściach, „aby patrząc, nie widzieli, i słuchając, nie rozumieli”. Takie jest znaczenie przypowieści: Ziarnem jest słowo Boże. Tymi zaś na drodze są ci, którzy słuchają słowa; potem przychodzi diabeł i zabiera słowo z ich serca, żeby nie uwierzyli i nie byli zbawieni. Na skałę pada u tych, którzy gdy usłyszą, z radością przyjmują słowo, lecz nie mają korzenia: wierzą do czasu, a w chwili pokusy odstępują. To, które padło między ciernie, oznacza tych, którzy słuchają słowa, lecz potem odchodzą, a zagłuszeni przez troski, bogactwa i rozkosze życia, nie wydają owocu. Wreszcie, ziarno w żyznej ziemi oznacza tych, którzy wysłuchawszy słowa sercem szlachetnym i dobrym, zatrzymują je i wydają owoc dzięki wytrwałości".

 

Mili Moi…
W środę zakończyliśmy rekolekcje dla organistów… Bardzo mieszane uczucia… Przede wszystkim były to „najgorsze” rekolekcje z punktu widzenia głosiciela z prostego powodu – grupa się wymieniała. To znaczy – jedni przyjeżdżali, inni wyjeżdżali. Niektórzy mogli być tylko przez chwilę, inni brali udział w całości. Właściwie na każdej nauce miałem przed sobą nieco inną grupę słuchaczy, co znacznie utrudnia zbudowanie jakiegoś spójnego przekazu. Poza tym, chyba nie wszyscy byli gotowi potraktować to spotkanie jako rekolekcje. Innymi słowy – ziarno padało na baaaaardzo różną glebę. I to w zasadzie pewnie nic dziwnego – tak jest zawsze. Ale jeśli gotowości na jego przyjęcie brak podczas takiego wydarzenia jak rekolekcje, to właściwie po co na nie jechać? Ale, żeby być w pełni uczciwym, chcę też powiedzieć, że nie brakowało i tam ludzi, którzy z uczciwością wielką i zaangażowaniem wchodzili w dynamikę rekolekcji.

Myślę o tym w perspektywie dzisiejszego słowa. Dziś jakoś szczególnie stanęły mi przed oczami rodzaje gleby jako etapy mojego osobistego wzrostu w słuchaniu i przyjmowaniu Słowa. Czy nie jest tak, że u początku ono nas specjalnie nie zajmuje? Podczas liturgii traktujemy je jako przerwę w akcji, chwile odpoczynku dla zmęczonych nóg, moment na refleksję o minionym lub przyszłym tygodniu. Kiedy człek już nieco się nawróci, Słowo zaczyna go interesować – czyta, słucha, gromadzi… Ale płyciutko. Kiedy przychodzą trudności, dużo silniejsze okazują się mechanizmy „poprzedniego życia”. Stary człowiek wciąż dominuje. Słowo nie może się zakorzenić. Kiedy już jako tako radzimy sobie z trudnościami, wówczas przychodzi czas na oświetlenie Słowem tych partii codzienności, które domagają się, często bolesnego, oczyszczania. Słowo zaczyna dotykać mojego stosunku do dóbr materialnych, do przyjemności, do gromadzenia, do władzy, przewagi, dominacji i tych wszystkich zjawisk, które niepostrzeżenie wdzierają się w moje życie i których na co dzień nawet nie zauważam. To czasem rodzi bunt i „odchodzenie” od Słowa. Mówimy – to zbyt trudne, dalej nie idę… Jeśli jednak uda się i ten etap pokonać, wówczas pozostaje już tylko owocowanie. Jak zdiagnozować siebie? Jak określić, na którym etapie jestem? Może warto zapytać, czy w ostatnim czasie jakieś konkretne Słowo mnie poruszyło i co dalej się z tym poruszeniem stało? Czy na jego podstawie dokonała się choćby mikrozmiana w moim życiu, czy też Słowo napotkało na mój opór? Jakiego rodzaju opór? Co nie pozwoliło mi wcielić Słowa w życie?

A ja od wczoraj jestem w Małuszynie (wioseczka niedaleko Trzebnicy). Siostry boromeuszki mają tu maleńki dom rekolekcyjny, w którym od wczoraj skupia się dziesięć kobiet, a ja staram się im w tym pomóc. A bezpośrednio stąd kurs do Radia – wracamy na antenę. Na razie do końca roku, a potem zobaczymy czy się ostoimy w nowych ramówkach, które są planowane. Tak czy owak, tymczasem okazji do głoszenia Słowa nie brakuje…

niedziela, 13 września 2020

tak brzmi przebaczenie...


(Mt 18, 21-35)
Piotr podszedł do Jezusa i zapytał: "Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy?" Jezus mu odrzekł: "Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał się rozliczyć ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który był mu winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby dług w ten sposób odzyskać. Wtedy sługa padł mu do stóp i prosił go: „Panie, okaż mi cierpliwość, a wszystko ci oddam”. Pan ulitował się nad owym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: „Oddaj, coś winien!” Jego współsługa padł przed nim i prosił go: „Okaż mi cierpliwość, a oddam tobie”. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego, widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego, wezwawszy go, rzekł mu: „Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?” I uniósłszy się gniewem, pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu nie odda całego długu. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu".

 

Mili Moi…
Przyznam szczerze, że tydzień miniony był przeokrutnie męczący… Oprócz tego, że głosiłem katechezy maryjne w naszym sanktuarium, co samo w sobie nie było aż tak męczące, musiałem stworzyć rekolekcje dla organistów, na które ruszam jutro. Dawno nie przeżyłem takie burzy mózgu. Zwykle rekolekcje powstają u mnie długo – noszę je w sobie, tworze etapami. Tych zaś nie zdołałem ruszyć wcześniej, więc wszystko zostało skumulowane. To nie mój system, więc efekt mamy, jaki mamy.

W międzyczasie milion innych rzeczy… Z Kurii Generalnej dostałem przetłumaczony z włoskiego dokument, żeby przejrzeć go pod kątem gładkości języka. Wczoraj rozpoczęliśmy kolejny rok formacyjny ze Spotkaniami Małżeńskimi, dziś po południu Eucharystia na Spotkaniu Porekolekcyjnym dla tejże wspólnoty. Na to trudne wiadomości – jedna z moich stałych penitentek zdiagnozowana nowotworowo. Żona i mama trójki uroczych dzieciaków. Czeka ją walka. Do tego nadchodząca niezwykle szybko jesień. Duże napięcie we mnie, bo czuję powoli nadchodzący urlop, choć już wiem, że nie będzie on tak całkiem wypoczynkowy. No i to wszystko sprawia, że najchętniej nakryłbym się kocem i zanurzył w lekturze, wyłączywszy uprzednio rzecz jasna wszystkie media…

Dziś czytam to Słowo z myślą o czymś, co nazwałem sobie „chroniczną krzywdą”. Łatwiej mówić obrazowo o przebaczeniu, kiedy krzywda, której ma ono dotyczyć jest duża, znacząca i bolesna. Towarzyszy ona człowiekowi nieustannie, absorbuje jego myśli, uczucia, sny… Ale przecież nie zawsze tak jest. Zdałem sobie sprawę, że dziś niczego podobnego w swoim życiu nie notuję. Za to jest cały szereg „krzywd chronicznych”, które przypominają drzazgę za paznokciem. Nie umrze człek od tego. Nie boli uporczywie. Czasem, kiedy zahaczy się o coś, to i owszem, ale w zasadzie da się z tym żyć. Czasem po prostu trzeba z tym żyć…

Choćby fakt, że niektórzy, bliscy mi ludzie nie są tacy, jakimi być powinni (a może jakimi ja chciałbym, żeby byli); nie dorastają do ideału, który winni realizować; ciągle popełniają te same błędy; niczego się nie uczą; stanowią blokadę dla uczynienia wielu dobrych rzeczy; podcinają skrzydła; nie są dla mnie oparciem, kiedy ich potrzebuję… i można tak wymieniać w nieskończoność.

Z pewnością wiele z tych kwestii może być przedmiotem przebaczenia i w tych przypadkach jest ono nie mniej ważne, niż w poważnych i wielkich sprawach. Bo małe potrafią zatruć życie, odebrać radość, stać się źródłem nieustannej tęsknoty (i nawet nie bardzo wiadomo za czym). A wystarczyłoby może tylko wyraźniej poczuć Boże przebaczenie wobec nas samych, żeby uwierzyć, że jesteśmy zdolni ofiarować je innym. Niczym echo tego Bożego. W duchu nadprzyrodzonym. Hojnie. Z miłosierdziem…