sobota, 30 czerwca 2018

do kraju tego...


zdj:flickr/George Thomas/Lic CC
(Mt 16,13-19)
Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? A oni odpowiedzieli: Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków. Jezus zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie? Odpowiedział Szymon Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Na to Jezus mu rzekł: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.


Mili Moi…
Znów długa przerwa, ale… poprawię się… Obiecuję. Ostatnie ponad dwa tygodnie to gość, z którym spędzałem duuuużo czasu. Gość wyjątkowy i szczególny – mój osobisty brat. Nie wiedzieliście, że mam brata? Ja wiedziałem… Ale na tej wiedzy wszystko się kończyło. Mój ojciec kiedy odszedł ode mnie i mamy, założył nową rodzinę w tym samym mieście i doczekał się dwóch synów. Znaliśmy się, mówiliśmy sobie „cześć”. Aż kilka lat temu Paweł napisał do mnie i poprosił o spotkanie. Wtedy postanowiliśmy, że chcemy tę braterską relację zawiązać i zbudować… I od kilku lat to systematycznie czynimy. Dla mnie to wielka radość, bo tam, gdzie nie udało się otworzyć drzwi, Pan Bóg otworzył okno… Relacji z ojcem nie dało się odbudować, ale zyskałem brata, który przy tym jest dobrym, wrażliwym i skromnym człowiekiem. To był piękny czas wzajemnego odkrywania siebie…

W poniedziałek pożegnanie… Z Asią – żoną, matką, uczestniczką spotkań naszej wspólnoty charyzmatycznej. Przegrała z nowotworem? Nie! Wygrała życie wieczne… To było piękne odchodzenie ze świadomym wykorzystaniem wszystkich duchowych darów, które Pan Bóg dał człowiekowi przez Kościół na ten czas. Spowiedź generalna, namaszczenie chorych, odpust zupełny na godzinę śmierci… Pogrzeb na biało, pieśni o zmartwychwstaniu… Pokój w sercach. I słowo, które samo cisnęło mi się na usta podczas homilii – ona żyje, bardziej, niż my wszyscy razem wzięci…

A dziś pierwsze kartony przywiezione do domu. Czas poważnie myśleć o pakowaniu. Wciąż nie mam ostatecznego potwierdzenia gdzie będę pracował od września, ale gdzie by to nie było, pakować się powoli trzeba. W tym kluczu też czytam dzisiejszą Ewangelię… W tym momencie życia, w którym znów zostawiam wszystko, kiedy znów idę w nieznane, kiedy spotkam nowe zadania i nowych ludzi brzmi mi w uszach pytanie Jezusa – za kogo mnie uważasz? Co o mnie wiesz? Jak będziesz innym o mnie opowiadał? Jak wygląda nasza relacja?

I to pytanie rodzi we mnie głód… Bo przecież wiem, że wciąż jest za mało… Za mało czasu, za mało skupienia, za mało wyciszenia, za mało refleksji, medytacji, modlitwy… I ciągle jest za dużo… Za dużo chaosu, niepokoju, płycizny duchowej, zmęczenia, gonitwy, słabych wyborów… Chyba czas najwyższy, żebym zamknął się gdzieś na tydzień z Jezusem i znów Go posłuchał jak dawniej… W wolności dziecka Bożego. Żebym odnowił w sobie obraz mojego Mesjasza, Tego, z którym znów wyruszam w drogę… Tym razem do Polski…

niedziela, 10 czerwca 2018

mój osobisty D-Day...



(Mk 3, 20-35)
Jezus przyszedł z uczniami swoimi do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: "Odszedł od zmysłów". A uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili: "Ma Belzebuba i mocą władcy złych duchów wyrzuca złe duchy". Wtedy przywołał ich do siebie i mówił im w przypowieściach: "Jak może Szatan wyrzucać Szatana? Jeśli jakieś królestwo jest wewnętrznie skłócone, takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać. Jeśli więc Szatan powstał przeciw sobie i jest z sobą skłócony, to nie może się ostać, lecz koniec z nim. Nikt nie może wejść do domu mocarza i sprzęt mu zagrabić, jeśli mocarza wpierw nie zwiąże, i dopiero wtedy dom jego ograbi. Zaprawdę, powiadam wam: Wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego". Mówili bowiem: "Ma ducha nieczystego". Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. A tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: "Oto Twoja Matka i bracia na dworze szukają Ciebie". Odpowiedział im: "Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?" I spoglądając na siedzących dokoła Niego, rzekł: "Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten jest Mi bratem, siostrą i matką".


Mili Moi…
Cztery dni temu obroniłem doktorat… Nie sądziłem, że z taką łatwością można skwitować sześć lat życia. Wszystkie wysiłki, zmagania, poniesiony trud. Bo było rzeczywiście trudno… Napisanie pracy przy regularnej posłudze parafialnej jest znacznie trudniejsze, niż bez niej. Ale udało się i chwała Bożej Opatrzności, że pozwoliła mi ukończyć to dzieło…

Sama obrona? Przyznam szczerze, że nie doświadczyłem jakiegoś ogromnego stresu. Czułem raczej wewnętrzne poruszenie – stan, który przeżywałem choćby przed święceniami kapłańskimi. Ale to coś zupełnie innego niż regularny stres. Uznałem po prostu, że już nic więcej nie dodam do mojego stanu wiedzy i moich umiejętności na tę chwilę. Trzeba więc wykorzystać to, co mam i resztą się nie martwić. Tak też zrobiłem…

Sama obrona przebiegła planowo. Krótki biogram doktoranta odczytany przez promotora, moja prezentacja pracy, recenzje odczytane przez recenzentów, a właściwie przez jednego z nich, ponieważ drugi w wyniku wypadków losowych nie zdołał dotrzeć (w jego zastępstwie recenzję odczytał jeden z członków komisji), pytania od komisji i pytania z sali (tych jednak nie było). Najciekawszym z mojej perspektywy pytaniem była prośba o przeprowadzenie analogii między o. Maksymilianem, a Matką Angeliką, twórczynią amerykańskiej telewizji EWTN… Po moich odpowiedziach narada komisji i ogłoszenie, że komisja rekomenduje Radzie Wydziału nadanie mi tytułu doktora teologii. I tyle. Dziewięćdziesiąt minut na domknięcie poważnego, życiowego etapu…

A potem już tylko świętowanie w gronie zaproszonych gości. Cieszyłem się ogromnie z obecności moich przyjaciół. Cieszyłem się podwójnie z obecności moich parafian – pięć osób (na zdjęciu) w ramach swojego krótkiego pobytu w Polsce zechciało przybyć na to moje wydarzenie. A co najważniejsze – podczas obiadu doktorskiego zalał mnie prawdziwy „deszcz wzmocnień” jak mawia się w psychologii. Tak wielu pochwał i dobrych słów pod moim adresem nie usłyszałem w życiu i pewnie już w życiu nie usłyszę. Zabieram je ze sobą umieszczając gdzieś w zakamarkach serca na trudne godziny…

I tak by to było… W piątek wsiadłem w samolot wraz z moim bratem. Arcyderdeczna pani stewardessa z dobrego serca zmieniła nam miejsca na bardzo wygodne. I po kilku godzinach znaleźliśmy się w Bridgeport, gdzie dziś będziemy świętować jubileusz o. Stefana. To będzie z pewnością piękny dzień…

I wszystko to w kontekście Słowa, które dziś przypomina – kto pełni wolę Bożą, ten mi jest bratem, siostrą i matką… O ileż łatwiej byłoby ją pełnić, gdyby nie historia grzechu. Ta historia, która wzięła się z braku zaufania i do jeszcze większej erozji zaufania doprowadziła. Dziś tak często musimy samych siebie przekonywać, że jakakolwiek wola Boża w ogóle istnieje, że warto jej szukać i warto podejmować trud jej realizacji. A ona przecież nie zawsze wyraża się w spektakularnych, nadzwyczajnych momentach, choć bywa, że do takich właśnie przygotowuje. Bóg, który przez moich przełożonych mówił do mnie ostatnimi laty – siedź i pisz miał w tym z pewnością swój plan. Ja go jeszcze dziś nie rozpoznaję do końca, ja jeszcze nie wszystko widzę, ale dziś już nim się szczerze cieszę, choć niejeden raz w tym okresie narzekałem na trud, z którym ta realizacja woli Bożej się wiązała. A przecież to był „tylko” doktorat. Jest tak wiele ważniejszych dla naszego zbawienia spraw, w których warto Go pytać o zdanie, bo On to zdanie posiada. A ono jest zawsze lepsze, niż nasze własne (nawet jeśli zbieżne z Jego wolą). Dziś taki mały dzień radości, że w jakimś wymiarze znów zbliżyłem się do bycia „bratem Jezusa” dopełniając w środę wolę Ojca ogłoszoną mi przez przełożonych kilka lat temu… A być Jego bratem… Każdemu z serca życzę…

czwartek, 24 maja 2018

ostatnia prosta...


zdj:flickr/Kevin Dooley/Lic CC
(Mk 14, 22-25)
W pierwszy dzień Przaśników, kiedy ofiarowywano Paschę, Jezus, gdy jedli, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: "Bierzcie, to jest Ciało moje". Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: "To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana. Zaprawdę, powiadam wam: Odtąd nie będę już pił napoju z owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić będę go nowy w królestwie Bożym".


Mili Moi…
Piękny, letni dzień w Lublinie i mój żywot bogatszy o kolejne doświadczenie… Zdałem dziś egzamin wewnętrzny upoważniający mnie do publicznej obrony mojego doktoratu. Bywa on nazywany „obroną wewnętrzną”. Przyznać muszę, że stres plasował się gdzieś blisko poziomu zero, choć wyglądało wszystko mocno poważnie.

O 9.30 zostałem zaproszony do sali, gdzie zasiadało za stołem siedmiu poważnych profesorów z dziekanem wydziału teologii na czele. Powitanie, krótka modlitwa, przede mną tylko kartka z pytaniami i moja butelka wody. I się zaczęło… Pierwsze pytanie – kontekst działalności o. Kolbego, czyli Kościół w Polsce w dwudziestoleciu międzywojennym, następne – etapy ewangelizacji według Evangelii nuntiandi papieża Pawła VI, dalej – paschalne ukierunkowanie homilii, następnie – kult maryjny w perspektywie nowej ewangelizacji, piąte pytanie – o. Kolbe, a masoneria, i wreszcie – media, a ewangelizacja. Na koniec, dziekan zadał pytanie rozluźniające – jak to się stało, według ojca, że dzieło o. Kolbego w Japonii przetrwało do dziś, mimo niesprzyjających warunków dla rozwoju życia religijnego?

Potem zostałem poproszony o wyjście na korytarz, a komisja się naradzała. Zaproszony ponownie usłyszałem, że „po naradzie”… „zapoznawszy się z recenzjami”… „wysłuchawszy”… komisja dopuszcza mnie do obrony publicznej, a egzamin zdałem z oceną bardzo dobrą. Dziekan dodał, że nie wie jak mógłbym tę notę podnieść na obronie, więc życzy mi „obrony brawurowej”… No i na taką właśnie pozostaje mi czekać… Potem jeszcze ostatnie wskazówki od promotora począwszy od „poważnie, bez kolokwializmów i syntetycznie”, aż po „i wody dla komisji ojciec nie zapomni” i mogłem już spokojnie udać się z kartą obiegową do różnych instytucji uniwersyteckich, aby potwierdzić, że „nie zalegam”. Niestety nie zalegając poległem – biblioteka tej zacnej uczelni miała awarię systemu i kolejna wizyta będzie nieunikniona… Ale przecież nie będziemy się złościć, bo i po co? Systemowi to nie pomoże – zarówno bibliotecznemu, jak i mojemu – nerwowemu…

A dziś święto Chrystusa Najwyższego i Wiecznego kapłana. Ono uzmysłowiło mi na nowo, że mój Pan przeżył swoja misje na ziemi w kontekście daru. Ta logika daru jest czymś oczywistym u początku życia zakonnego i kapłańskiego. Człowiek idzie w posługę z pragnieniem, aby rozdać siebie. I zwykle u początku to jest bardzo łatwe i satysfakcjonujące. Ale z czasem… Można wejść w doświadczenie samego Jezusa, które, przypuszczam również dla Niego musiało (i musi) być bardzo trudne. Mam, chcę dać, a nie ma za bardzo komu wziąć… Dar na wyciągnięcie ręki, który nie budzi zainteresowania. Dar, który staje się „darem opłakiwanym”. Czyż nie tak jest do dziś? Jego zbawienie, które jest na wyciągnięcie ręki, a tak wielu opiera się, aby po nie sięgnąć…

I moje kapłaństwo – wielki dar, na które w minionych kilku latach nie było zbyt wielu chętnych. To dobra okazja, żeby podziękować wszystkim, którzy z tego, mojego daru zechcieli i zechcą jeszcze skorzystać. Dla mnie to największa radość, kiedy mogę nim służyć. Nie dostałem go po to, żeby przeżywać go w zacisznym pokoju, wiodąc spokojne życie „duszpasterza książek i popołudniowych spacerów”. Mam nadzieję, że kolejne etapy mojego życia pozwolą mi znów zmęczyć się w posłudze… Czekam z niecierpliwością…

piątek, 18 maja 2018

dokąd nie chcesz...


zdj:flickr/Phil McIver/Lic CC
(J 21, 15-19)
Gdy Jezus ukazał się swoim uczniom i spożył z nimi śniadanie, rzekł do Szymona Piotra: "Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?" Odpowiedział Mu: "Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham". Rzekł do niego: "Paś baranki moje". I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: "Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?" Odparł Mu: "Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham". Rzekł do niego: "Paś owce moje". Powiedział mu po raz trzeci: "Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?" Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: "Czy kochasz Mnie?" I rzekł do Niego: "Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham". Rzekł do niego Jezus: "Paś owce moje. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz". To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to, rzekł do niego: "Pójdź za Mną!"


Mili Moi…
To już ponad tydzień, jak jestem w Polsce. Moja nieobecność internetowa wiąże się z bardzo prozaiczną kwestią – internetu właściwie brak. Poza nielicznymi okazjami do skorzystania z sieci podczas odwiedzin, w moim własnym domu niestety nic nie działa. Jestem więc na odwyku. Z jednej strony nieco mi tego bieżącego kontaktu brakuje, ale z drugiej… Dzięki temu przeczytałem już niemal 1000 stron książek, a zanosi się na więcej…

Poza książkami jednak zmuszam się nieco do czytania artykułów stanowiących odpowiedź na tezy egzaminacyjne, które mam przed sobą, i z którymi muszę się zmierzyć w najbliższy czwartek. Jestem już w drodze do Lublina (przez Gdynię, Częstochowę i Kraków) i choć zakładka w głowie z napisem „doktorat” już mi się prawie zamknęła, to jednak usiłuje wykrzesać z siebie jeszcze nieco zapału, żeby nie wypaść tak zupełnie najgorzej. Przedwczoraj otrzymałem dwie recenzje mojej pracy pochodzące, według zasad, od recenzentów zewnętrznych i obaj profesorowie uznali jej wartość. Recenzje są więc pozytywne. Teraz tylko czekać na obronę. Choć jeszcze ostatni etap przygotowań przede mną…

Tymczasem zachwycam się przyrodą. Ewidentnie robię się coraz starszy, bo dostrzegam coraz więcej drobiazgów i fascynuje mnie ich piękno. Zasadniczo przyroda w Polsce była mniej więcej dwa tygodnie „do przodu” wobec przyrody z Bridgeport i okolic. Bujna zieleń i wszędobylskie w moich stronach kobierce z żółtego rzepaku czasem sprawiają, że wręcz muszę zatrzymać samochód, wysiąść i po prostu podziwiać…

Nad Słowem dziś trochę smutno… Jestem smutny smutkiem Piotra, którego Pan pyta trzykrotnie o miłość. Kiedyś wydawało mi się to prostsze (pewnie tak jak i Piotrowi). Myślałem sobie, że nawet gdybym nic w życiu nie zrobił ponad wychwalanie miłości Bożej, to moje życie i tak byłoby spełnione. Do dziś bardzo wierzę słowom bł. Jerzego Matulewicza, który prosił, żeby mógł być ścierką w Kościele, którą ktoś użyje i wrzuci w ciemny kąt. Wydawało mi się to zawsze możliwe i widziałem w tym jakiś rzeczywisty ideał. A potem przyszła wydajność, owocność, skuteczność i stały się źródłem ustawicznych rozproszeń. Pojawiła się pokusa, żeby robić więcej i więcej. A w ślad za nią – żeby robić to, co umiem najlepiej, żeby samemu wybierać… Jak wiele kosztuje nieuleganie tejże… Jak wiele wysiłku trzeba włożyć, żeby nie dać się opanować polityce kadrowej właściwej raczej dla korporacji, niż dla wspólnoty Kościoła. Może rozwiązanie podsunie sam Pan – przepaszą cię i poprowadzą tam dokąd nie chcesz… Czy jestem gotów?

niedziela, 29 kwietnia 2018

one way ticket...


zdj:flickr/Jayt74/Lic CC
(J 15, 1-8)
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia. Każdą latorośl, która nie przynosi we Mnie owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeżeli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto nie trwa we Mnie, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Potem ją zbierają i wrzucają w ogień, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami".


Mili Moi…
Znów jakaś dłuższa przerwa w zaglądaniu tutaj przeze mnie… Wiele się dzieje, ale przyznam Wam szczerze, że nie jestem w najlepszej kondycji, stąd też ani sił, ani weny, żeby się dzielić swoim życiem. Zresztą zawsze starałem się unikać tu jego ponurych obrazów. A na chwile obecną trochę mi brakuje pozytywnej nuty… Ale jednak dziś piszę, ponieważ…

To właśnie dziś ogłosiłem moim parafianom, że wkrótce się z nimi pożegnam. Mam więc takie przekonanie, że również moja „internetowa parafia” powinna dziś się o tym dowiedzieć. Moja misja w Bridgeport dobiega końca. Najprawdopodobniej 1 sierpnia zjadę na stałe do Polski, aby podjąć pracę w nowym miejscu. Z jednej strony bardzo mnie to cieszy, bo mam uczucie jakbym wysiadł z pociągu pędzącego… donikąd. Ale z drugiej jest mi trudno, bo ogromnie dużo serca włożyłem w to miejsce i oddałem moim parafianom całego siebie. Są więc dobre relacje, są miłe wspomnienia. Dziś usłyszałem, że „pewnie z babą odchodzi”. No cóż – ani z babą, ani z chłopem. Moje odejście ma dużo mniej sensacyjny wymiar, niż niektórzy chcieliby mu nadać. Po prostu wracam do kraju bo odkrywam wewnętrznie, że to już czas. Doszedłem do swoich granic, których na tę chwilę nijak przekroczyć nie chcę i nie mogę. Chcę służyć Bogu i pracować z Jego ludem… Naprawdę pracować…

No ale mówiłem, że smuceniem się to skończy. A tego nie chcemy. Za kilka dni przybywam do Polski ostatecznie rozprawić się z tą naukową zagadką mojego życia, którą jest doktorat. Cieszę się z tego. No i w Polsce głęboka wiosna, bo u nas jej symptomy pojawiają się bardzo nieśmiało.

No i słucham Słowa… I nabieram takiego wielkiego pragnienia, żeby jak najszerzej pootwierać te przepływy pomiędzy krzewem winnym, a latoroślą, którą jestem. Proszę dziś Jezusa, żeby zalał mnie życiem, żeby mnie odnowił. Proszę Go o taki rok wewnętrznej odnowy (niezależnej od pełnionych obowiązków) – żebym mógł na nowo zachwycić się moim powołaniem, odetchnąć pełną piersią kapłańskich posług i przede wszystkim, żeby dokonał głębokiego oczyszczenia tych gałązek mojego życia, które mają trudności z owocowaniem. Czekam z niecierpliwością na rekolekcje, które w Polsce są coroczną zakonną oczywistością. Czekam na wiosnę nie tylko tę związaną z przyrodą, ale nade wszystko z moim własnym duchem. Dziękuję Mu, że chce mi się nadal tęsknić, pragnąć, marzyć, że nie straciłem tak zupełnie zapału do życia… I uświadamiam sobie ponownie, że to, co trzyma mnie w najtrudniejszych momentach, to Słowo… Ono jest życiodajne… Każdemu polecam…

sobota, 14 kwietnia 2018

natychmiast przy brzegu...


zdj:flickr/Mark Power/Lic CC
(J 6, 16-21)
Po rozmnożeniu chlebów, o zmierzchu uczniowie Jezusa zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi, zaczęli się przeprawiać przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wichru. Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: "To Ja jestem, nie bójcie się". Chcieli Go zabrać do łodzi, ale łódź znalazła się natychmiast przy brzegu, do którego zdążali.


Mili Moi…
Znów długo mnie tu nie było, ale sprawa ma swoje uzasadnienie. Byłem w Polsce. Wprawdzie tylko kilka dni, ale z internetem było krucho. A poza tym moc różnych zajęć związanych z finalizowaniem przewodu doktorskiego. Mój serdeczny przyjaciel, Maciej, pilotował wszystkie moje dotychczasowe sprawy, ale nie miałem już śmiałości składać na niego drukowania mojej pracy, roznoszenia w różne miejsca, wysyłania recenzentom. Zresztą to takie czynności, które „smakują”, a w związku z tym, że zasadniczo przeżywa się je tylko raz w życiu, to postanowiłem zrobić to samemu.

Oczywiście nie obyło się bez drobnych komplikacji. A w perspektywie bardzo napiętego kalendarza powodowało to niemały stres. Wystarczy powiedzieć, że ostatecznie miałem dostarczyć pracę do dziekanatu w piątek do 14.00, a znalazłem się tam w tym dniu mocno po 13.00. Najważniejsze jednak, że misja zrealizowana. Praca dostarczona również recenzentom. Pozostaje oczekiwać na tezy do tak zwanego egzaminu wewnętrznego, który poprzedza obronę publiczną, dostarczone przez nich i przez promotora. Potem już tylko się nauczyć, obronić i… No i właśnie nie wiem co… Czy się cieszę? Na razie nie. Na razie odczuwam tylko ulgę…

Wróciłem w poniedziałek późno w nocy. Znów przypomniałem sobie dlaczego nie latać LOTem… Wszystko koszmarnie poopóźniane. A tu mnóstwo zajęć… W ostatnich dniach wysyp pogrzebów. Zawsze zdumiewa mnie amerykańska tradycja przemówień na zakończenie Mszy. Nie walczę z nią, bo mocno zakorzeniona. Służy wyrażeniu uczuć przez wygłaszającego, ale i przybliżeniu postaci zmarłego słuchaczom… W tym tygodniu dowiedziałem się więc, że żegnany właśnie człek kochał jeździć do kasyna, grał codziennie w totolotka, jego ulubiony numer to 79, był namiętnym tancerzem, a szczególnie kochał polki, pizze zawsze zamawiał w… i była to peperoni na cienkim cieście, zawsze wybierał fioletowe kapcie, z alkoholi to najbardziej lubił… No i weź tu człowieku słuchaj tego wszystkiego ze spokojem. Ale publika bawi się świetnie… Publika piszę, bo zasadniczo niestety jedyną osoba realnie uczestnicząca w liturgii, poza księdzem, jest organista. Reszta to przeważnie aktorzy w pewnego rodzaju interaktywnej sztuce… Smutno i straszno…

A dziś wyjątkowa uroczystość. Dziesiątą rocznicę istnienia przeżywa nasza parafialna Wspólnota Odnowy w Duchu Świętym „Ain Karim”. Za chwile więc zaczynamy świętowanie. Sporo gości przybędzie z różnych stron. Wspólna Eucharystia, obiad, wspomnienia… To będzie piękny wieczór…

A w Słowie uderza mnie dziś fakt tej nadzwyczajnej „teleportacji” Jezusa i uczniów w łodzi, która dokonuje się na jeziorze. Po co takie rzeczy? Nie mogli chłopaki dowiosłować do brzegu? Czy to nie swoista „pokazówka”? Takie bezcelowy cud… Czy rzeczywiście? Przywykliśmy chyba do cudów, które mają jakiś wymierny charakter. Przywrócić zdrowie, rozmnożyć chleby, powstrzymać burze – to Panu Jezusowi wolno, bo na tym korzystają konkretni ludzie. Ale tak po prostu objawiać władzę? No po co to komu?

Wydaje się jednak, że sens tego znaku jest dużo głębszy. Rozpoznany i przyjęty Jezus po pierwsze przywraca poczucie bezpieczeństwa. Woda nie jest naturalnym środowiskiem człowieka. Nawet jeśli jest spokojna, nie daje stabilnego oparcia, którego potrzebujemy. Jezus natychmiast swoich uczniów przenosi na „stały grunt”, pozwala im pewnie stanąć na nogach. Co więcej – z Nim, w Jego obecności pewne procesy, które domagają się dużego wysiłku, przyspieszają i dokonują się w zupełnie niewyobrażalnym tempie. Ileż to razy dane mi było obserwować „rozkwitanie” dusz, które zupełnie niedawno poznały Jezusa… To dzieje się niespodziewanie szybko… Czasem aż budzi swoistą „zazdrość”. A to po prostu hojność Jego miłości, która zamiast zazdrości winna raczej wzbudzać wdzięczność. Bóg jest dobry… Cieszę się, że takim Go poznałem…

niedziela, 1 kwietnia 2018

nadzieja...


zdj:flickr/Tasha Chawner/Lic CC
Cóż się to stało, Izraelu, że jesteś w kraju nieprzyjaciół, wynędzniały w ziemi obcej, uważany za nieczystego na równi z umarłymi, zaliczony do tych, co schodzą do Otchłani? Opuściłeś źródło mądrości. Gdybyś chodził po drodze Bożej, mieszkałbyś w pokoju na wieki. Naucz się, gdzie jest mądrość, gdzie jest siła i rozum, a poznasz równocześnie, gdzie jest długie i szczęśliwe życie, gdzie jest światłość dla oczu i pokój. Lecz któż znalazł jej miejsce lub kto wszedł do jej skarbców? (Ba)

Mili Moi…
Powoli odbiega końca Triduum Paschalne… Szykujemy się do Wigilii, słońce coraz niżej… Ja siedzę z gotową homilią na dziś wieczór i z garścią myśli na jutrzejszą pierwszą Mszę o poranku… Zaraz jeszcze pewnie szybki prysznic i do dzieła…

Zamieściłem powyżej fragment jednego z dzisiejszych czytań… On mnie chyba najbardziej dotyka w tegorocznej nocnej gamie czytań biblijnych… Opuściłeś źródło mądrości… Zastanawiam się jak daleko od tego źródła jesteśmy żyjąc w sytych społecznościach Zachodu… Tematem przewodnim tych dni uczyniłem wspólnotę i to na jej kanwie przyglądam się z moimi parafianami Słowu…

Źródło mądrości… Za chwilę mamy zostać rozesłani… Mamy iść głosić prawdę o Zmartwychwstałym… Tylko tak myślę – z kim i jak? Z tymi, którzy dzwonili w czwartek i pytali czy droga krzyżowa ulicami miasta została odwołana? Pytam ich ja – dlaczego miałaby być odwołana? No bo przecież zapowiadają deszcz… Czy z tymi, którzy dziś dzwonili (a było takich telefonów niemal 40) pytając… właściwie nie do końca wiedzieli jak postawić to pytanie… wychodziło więc czasem wesoło – kiedy u was poświęcenie żywności… albo kiedy poświęcenie posiłków?

I wcale nie chodzi o drwinę… Chodzi o to, że stoję pod krzyżem i pytam – Panie, gdzie jest ten słaby punkt? Jak to możliwe, że pierwsi chrześcijanie śpiewali hymny, gdy dzikie zwierzęta skakały im do gardeł, a współcześni chrześcijanie zapomnieli do czego służy parasol…? Z kim i jak napełnić ten świat Ewangelią…? Trzeba nią najpierw napełnić nasze kościoły…

Jedne z dziwniejszych świąt w moim życiu… mam jakoś wyjątkowo dużo czasu na adorację i modlitwę, za co jestem Bogu wdzięczny. I siedzę przed Nim i pytam Go – co dalej? Czuję wyraźnie bliskość przejścia (Paschy)… Czuję, że już nie tu, ale jeszcze absolutnie nie wiem gdzie… Nic nie widzę, nie słyszę… Czekam… I nawet już nie złoszczą mnie smsy, w których od Wielkiego Czwartku ludzie piszą pomiędzy pieczeniem pasztetu i kręceniem mazurka - ON ŻYJE!!! Nie, jeszcze nie… Jest Wielka Sobota… Wciąż czekam…