poniedziałek, 24 kwietnia 2017

o smaku życia...

zdj:flickr/Hans Splinter/Lic CC
(J 12,24-26)
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec.

Mili Moi…
Mnóstwo różnych rzeczy się dzieje, a wydarzenia nabierają tempa… Przygotowywaliśmy się przez Nowennę do Święta Miłosierdzia Bożego. W naszej parafii przeżywamy je nader okazale. Po Mszy Świętej w południe, wystawiamy Najświętszy Sakrament do adoracji i kończymy ją nabożeństwem o godzinie trzeciej, na które bardzo dużo ludzi przybywa. W tym roku mieliśmy nawet gości ze wspólnot protestanckich, które, jak wiemy, nie uznają kultu świętych i relikwii, ale relikwie świętej Faustyny cmokali z upodobaniem. Cieszy, że Boże Miłosierdzie ponad podziałami. Zresztą w tym kraju te podziały nie przeszkadzają ludziom się przyjaźnić. Stąd też wyściskaliśmy również Josephine, której protestancka dusza nie przeszkadzała uznać naszego kościoła za piękny. A ja zapewniłem ją, że jego drzwi są dla niej zawsze otwarte…

Kolejny pierwszy raz za mną… Tym razem u dentysty… Przyznam szczerze, że czułem się jak… u fryzjera. Mam taką przypadłość, że kiedy ktoś zajmuje się moją głową, mógłbym natychmiast zasnąć. U dentysty jednak jeszcze mi się to nigdy nie zdarzyło. A tu owszem… Znieczulenie, miłe pogawędki, szesnaście pozycji fotela, zdjęcie zęba wspólnie oglądane na ekranie komputera… No zaraz umówiłem się na kolejną wizytę… Tak to można leczyć zęby, nawet jeśli zasadniczo są zdrowe…

Poza tym udało nam się ukończyć remont kolejnego pomieszczenia w klasztorze. Tym razem to klasztorny pokój rekreacyjny, którego do tej pory nie mieliśmy właściwie, a który w naszej, franciszkańskiej tradycji jest szalenie ważny, bo służy budowaniu wspólnoty. Remont ma jednak swoje gorsze strony – rozpoczęła się teraz pielgrzymka po sklepach, żeby to miejsce jakoś umeblować. A dla mnie to prawdziwy horror. Wiedziałem, że nie znoszę kupować butów, spodni i okularów – mam zawsze ogromny problem z wyborem. Do listy dołączają również meble. A tak się pechowo składa, że w każdym miejscu, do którego trafiam konieczne są pewne remonty i musze się nimi zajmować. Brrrr…

A od niedzieli rozpoczynam kolejne czterodniowe rekolekcje ewangelizacyjne. Tym razem w naszej, franciszkańskiej parafii w Bostonie. Zobaczymy kogo Duch Święty tam przyprowadzi i co uda nam się wspólnie przeżyć. Mam szczerą nadzieję, że Zmartwychwstały objawi swoją chwałę…

To szalenie ważne, zwłaszcza kiedy czytam dzisiejszą Ewangelię. Nie wyobrażam sobie bowiem innego motywu dla zrealizowania dzisiejszej zachęty. Jak bowiem „znienawidzić” swoje życie na tym świecie? Można to zrobić tylko poznawszy inne życie – piękniejsze, ciekawsze, bardziej szczęśliwe. A jego dawcą jest żyjący Jezus. Bez spotkania z Nim nie ma szans na właściwie rozłożenie akcentów. Oczywiście ta „nienawiść”, o której czytamy ma być po prostu mniejszą miłością. Bo rzeczywiście, rzeczy przemijające nie zasługują na takie samo zaangażowanie jak rzeczy wieczne. Tymczasem wkłada się ogromnie wiele wysiłku w nauczenie człowieka (każdego z nas) jak ma żyć na tym świecie. Znacznie mniej nauki życia wiecznego – przebywania z Bogiem i czynienia Go absolutnie pierwszym w naszym życiu. Tymczasem na tym trzeba się skupić, bo to jest źródło siły do pokonywania wszelakich przeciwności, włącznie z oddaniem życia za wiarę, czego dowodzi dzisiejszy patron, święty Wojciech. Który z męczenników gotów byłby oddać życie za Chrystusa, gdyby Go wcześniej osobiście nie spotkał? Warto więc głosić, warto aranżować te osobiste spotkania, warto stwarzać okazje… Wówczas życie zaczyna inaczej smakować… A smak to rzeczywiście wyborny…

wtorek, 18 kwietnia 2017

mój brat Jezus...

zdj:flickr/Waiting For The Word/Lic CC
(J 20,11-18)
Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy /tak/ płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa - jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział.


Mili Moi…
Święta za nami… Piękne, jak zawsze, ale tak samo pracochłonne. Bardzo dużo przygotowań. Ale na szczęście wielu dobrych ludzi dookoła, którzy oddawali swój czas, zupełnie bezinteresownie, aby nasz kościół wyglądał pięknie, aby wzmocnić doznania duchowe poprzez piękną liturgię, śpiew, dekoracje. Wielka wobec nich wdzięczność… Nasz gość, o. Piotr, wziął na siebie głoszenie Słowa, co dla naszych parafian też było swoistym oddechem od nas, którzy codziennie stajemy na ambonie. Chrystus zmartwychwstał!!! I to jest najważniejsze… A ja spałem po tych wszystkich duchowych przeżyciach wiele, wiele godzin…

Doszedłem już jednak do siebie i próbuję mierzyć się z codziennością. Wiele spraw… Jak nie przegląda auta, to wizyta u dentysty… Niby zwykłe, życiowe sprawy, ale w naszej rzeczywistości wszystko trwa pięć razy dłużej, ze względu na odległości… A wieczorami zastanawiam się gdzie uleciał ten cały dzień???

Dziś Pan Bóg przysłał nam człowieka… Bardzo młodego, dwudziestoletniego kleryka z pobliskiego Milford, który ma polskie korzenie, a po raz pierwszy przybył do naszego kościoła, choć mieszka tak blisko. Pasjonat świętego Maksymiliana. Podzielił się z nami swoją historią powołania – piękna dusza. Słuchałem zafascynowany – przede wszystkim tym, jak prosta w wieku dwudziestu lat jest świętość. Ile entuzjazmu i radości nosi w sobie ten człowiek, który zna tylko dobrego Boga. Taki go zachwycił, taki go powołał i taki go prowadzi… Zaprosiłem go jutro na mszę wieczorną ze świadectwem. Niech wielu usłyszy radość zmartwychwstania…

To pewnie coś z tej radości, którą odczuła Maria Magdalena – kobieta, która chciała zatrzymać Pana. Już raz Go straciła. Odszedł tak gwałtownie. Pozostawił po sobie tyle smutku i żalu. Nigdy więcej… Tymczasem On nie pozwala się zatrzymać – plan Ojca trwa, jeszcze się nie dopełnił. Jest inny… Niby to On, a przecież Go nie poznała. Ale kiedy wypowiedział jej imię, nie miała wątpliwości… Najważniejsza jednak jest misja powierzona jej przez Jezusa… Słowa, które ma zanieść Apostołom…

Idź i powiedz moim braciom… Żadnego wyrzutu, żadnej oceny ich zachowania, żadnej krytyki… Kiedy czytam te słowa, myślę o wszystkich moich zdradach, tchórzostwach i ucieczkach… A On zawsze posyła do mnie tę samą wiadomość – czeka i nie potępia… Mój brat Jezus. To jest przeogromna tajemnica, której nie umiem pojąć. To taki dar, którzy rzuca na kolana. Mój brat Jezus…

Gdybym kiedyś pisał jakąś książkę o moim życiu, to z pewnością tak chciałbym ją zatytułować… Mój brat Jezus… 

czwartek, 13 kwietnia 2017

ja, prezbiter...

zdj:flickr/Roman Catholic Archidiocese of Boston/Lic CC
(J 13,1-15)
Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: Panie, Ty chcesz mi umyć nogi? Jezus mu odpowiedział: Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział. Rzekł do Niego Piotr: Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał. Odpowiedział mu Jezus: Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę. Powiedział do niego Jezus: Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: Nie wszyscy jesteście czyści. A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem.


Mili Moi…
Tak trochę nieoczekiwanie dla mnie samego końcówka Wielkiego Postu stała się czasem „postu” również od pisania na moim blogu. Na szczęście pojawił się tylko jeden głos od człowieka, któremu tego brakowało, więc ufam, że niewiele osób dostrzegło tę przerwę. Mnie trochę tych wizyt tutaj brakowało, jak zresztą wielu innych rzeczy, których zaczyna mi brakować w pędzie życia… Wielki Czwartek dziś, może czas na decyzję o nawróceniu i powrocie do życia. Ale tego prawdziwego, zakonnego, pełnego pokoju i zmierzającego w ściśle określonym kierunku…

Przeżyliśmy wiele różnych wydarzeń… jednym z ważniejszych były pewnie rekolekcje wielkopostne. W tym roku głosił je o. Tadeusz z Kenii. Powiedzieć o nim „człowiek dynamit” to pewnie mało. Poruszył nas wszystkich. Przede wszystkim swoim entuzjazmem wiary, gorliwością świadka, a mnie osobiście również swoim zaangażowaniem w modlitwę. Patrzyłem z podziwem na jego rozkład dnia, w którym było miejsce i na lekturę i na zadbanie o sport i swoje zdrowie, a nade wszystko baaardzo dużo czasu na modlitewne trwanie przed Panem. Bardzo mi potrzeba takich świadków, którzy dowodzą, że można. Dlatego to były ważne dni również dla mnie…

Od niedzieli mamy kolejnego gościa, o. Piotr, który przybył z Polski i spędza z nami święta. Pracowaliśmy razem w Gdyni tuż po moich święceniach, rozumiemy się świetnie, tematów nam nie brakuje. No i oczywiście trzy dni zwiedzania Nowego Jorku za nami. Mam szczególną radość w pokazywaniu tych wszystkich pięknych miejsc ludziom, którzy potrafią się nimi ucieszyć. A o. Piotr do takich należy. Podobało mu się bardzo, a ja miałem dużo radości z pełnienia funkcji przewodnika.

Poza tym doroczne przygotowania do liturgii tych świętych dni… Co my byśmy zrobili bez tych wszystkich wspaniałych ludzi, którzy nam pomagają uczynić kościół pięknym, przygotować ciemnice, grób, zadbać o liturgię… Tak strasznie się cieszę, że ich mamy, że im się zawsze chce… Że znajdują czas… Mam szczerą nadzieję, że wiele osób skorzysta z tej pracy i od dzisiejszego wieczora będą przybywać do naszego kościoła, aby w tych świętych i najtrudniejszych zarazem dniach towarzyszyć Jezusowi… W takich chwilach tak bardzo czuję, że jesteśmy parafialną rodziną, że jesteśmy zjednoczeni wokół Niego…

No i jak zawsze Wielki Czwartek budzi moje myśli dotyczące tego daru, który zupełnie bez mojej zasługi stał się moim udziałem. Kapłaństwo… Wiele życzeń, tak pięknych i głębokich, które nadchodzą od samego rana, każe mi myśleć o tych wszystkich, którzy kochają kapłanów i towarzysza nam na drogach, które dla nas, jak dla wszystkich innych, są niejednokrotnie mocno wyboiste… Kochani, przede wszystkim chcę podziękować Wam za to, że chcecie korzystać z naszej posługi. Bóg nie powołał nas tylko po to, żebyśmy służyli Jemu, ale rozesłał nas, abyśmy służyli Jego ludowi. Robimy to bardzo różnie. Czasem z większym entuzjazmem, czasem zupełnie bez… Mamy wiele sił i pomysłów, a bywa, że jesteśmy całkiem złamani na duchu… A wielu z Was przychodzi i poprzez swoja otwartość, szczerość, święte pragnienia budzi nas na nowo do życia. Chcę Wam dziś powiedzieć, że bardzo, ale to bardzo się Wami cieszę… Każdym krokiem w wierze, który wykonujecie, a na który mogę patrzeć, każdym pytaniem o Jezusa, na które mogę odpowiedzieć, każdym świętym, sakramentalnym pragnieniem, które mogę zaspokoić w Jego imię…

Kocham moje kapłaństwo… Niczego chyba w życiu tak bardzo nie kocham… I absolutnie nie wyobrażam sobie życia bez niego… Wybaczcie mi jednak moją niecierpliwość i to, że chciałbym czasem dać Wam więcej, niż możecie wziąć… Wybaczcie mi, że czasem nie potrafię czekać i chciałbym widzieć owoce, które muszą jeszcze długo dojrzewać… Wybaczcie mi, że czasem powiem coś za mocno na ambonie, albo nie przytulę wówczas, kiedy uczynić to powinienem… Wybaczcie mi, jeśli zraniłem Was jako proboszcz… Uczę się – pokory, służby, cierpliwości, dyspozycyjności, dyscypliny… I wielu, wielu innych rzeczy… Dziękuję Wam, że towarzyszycie mi, mimo tak wielu moich słabości…

Moim parafianom życzę w tym dniu, żebyście w naszym kościele czuli się jak w domu… I żebyśmy razem kochali Jezusa… Ja więcej od Was, a potem Wy więcej ode mnie… I znowu ja bardziej… i Wy… Takie święte współzawodnictwo zalecał wszystkich święty kapłan o. Maksymilian Maria Kolbe… Prześcigajmy się w tej miłości… Bo cel jest tego wart…

poniedziałek, 27 marca 2017

w biegu...

zdj:flickr/Franck Michel/Lic CC
(J 4,43-54)
Po dwóch dniach wyszedł stamtąd do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie. Kiedy jednak przybył do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. I oni bowiem przybyli na święto. Następnie przybył powtórnie do Kany Galilejskiej, gdzie przedtem przemienił wodę w wino. A w Kafarnaum mieszkał pewien urzędnik królewski, którego syn chorował. Usłyszawszy, że Jezus przybył z Judei do Galilei, udał się do Niego z prośbą, aby przyszedł i uzdrowił jego syna: był on bowiem już umierający. Jezus rzekł do niego: Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie. Powiedział do Niego urzędnik królewski: Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko. Rzekł do niego Jezus: Idź, syn twój żyje. Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i szedł z powrotem. A kiedy był jeszcze w drodze, słudzy wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że syn jego żyje. Zapytał ich o godzinę, o której mu się polepszyło. Rzekli mu: Wczoraj około godziny siódmej opuściła go gorączka. Poznał więc ojciec, że było to o tej godzinie, o której Jezus rzekł do niego: Syn twój żyje. I uwierzył on sam i cała jego rodzina. Ten już drugi znak uczynił Jezus od chwili przybycia z Judei do Galilei.


Mili Moi…
Kolejny tydzień za nami… Ale co ja Wam będę przypominał, przecież doskonale o tym wiecie… Ja niestety też mam tego dojmującą świadomość. Niewiele napisałem, bo był to tydzień spotkań – grupa małżeńska i dzień skupienia, a to już wystarczy, żeby zająć mi kilka dni na przygotowania. Czasem się uśmiecham, kiedy słyszę – ojcu to wszystko jak z rękawa płynie… A w rzeczywistości ten „rękaw” jest poprzedzony często naprawdę sporym wysiłkiem. Wszak nie można stanąć przed ludźmi ot tak, ze świadomością, że coś się powie… Ja tak nie umiem… Z szacunku do słuchacza…

Muszę jednak nieco przyspieszyć wspomniane pisanie, jeśli chcę rzeczywiście zdążyć przed urlopem. Bo zajęć niestety nie będzie coraz mniej, ale przeciwnie, więcej. I nie tylko duszpasterskich niestety… W tym tygodniu na przykład spotkanie z firmą, którą będzie wyjmować stare zbiorniki olejowe z ziemi wokół budynków kościelnych. Prawo stanowe zmusza nas do przeprowadzenia tej operacji. Jeśli nie będzie przecieku, to nie zbankrutujemy, jeśli okażą się popękane, to… Lepiej o tym nie myśleć… Przy tego typu sytuacjach rozumiem parafie, które zatrudniają jednego człowieka oddelegowanego tylko do takich działań. Bo rzecz jasna nie można tego zrobić jak w Polsce – zamówić pana Ziutka z koparką, dwa dni roboty i już… Tu trzeba zebrać wyceny, zatrudnić firmy certyfikowane, omówić krok po kroku działania, napisać plan, zatwierdzić w diecezji… Pewnie to ma wszystko jakiś sens… Może na tamtym świecie cokolwiek z tego zrozumiem…

Pochowaliśmy też w sobotę pana Jana, męża naszej pani kucharki klasztornej. Odwiedzaliśmy go kilkakrotnie w dniach poprzedzających jego odejście. Był spokojny, wiedział, że jego czas nadszedł. Ale chcę się podzielić takim kolejnym przeżyciem duchowym z duszpasterstwa szpitalnego. Wiele razy stawałem przy łóżku chorych i odchodzących powoli do wieczności. I to, co jest najbardziej przejmujące dla mnie, to świadomość, że ten człowiek, na którego patrzę, z którym rozmawiam, za kilka godzin, lub dni zobaczy Jezusa twarzą w twarz. Aż chce się czasem poprosić – przypomnij Panu o naszych sprawach, wstaw się za nami, powiedz Mu o naszych kłopotach, bądź takim naszym posłańcem… Pewnie, że Jezus wie… Ale ty za chwilę Go dotkniesz zupełnie inaczej, niż my Go dotykamy… Bez zasłony…

To dzisiejsze spotkanie urzędnika królewskiego z Jezusem jest w tym sensie również znaczące. On ma tylko dwa tematy przed oczami – Jezus i jego umierający syn. Schodzą na dalszy plan wszystkie rzeczywistości drugorzędne, kontrowersje, spory, wątpliwości, sympatie i antypatie. Jest tylko ukochane dziecko i Jezus. Tak wyraźnie objawia to komentarz tego człowieka do słów Jezusa – Panie, przyjdź zanim umrze moje dziecko… Nie jestem łowcą znaków, prowokatorem, ani nie zamierzam zastawiać na Ciebie żadnej pułapki… Moje dziecko – ile bólu zawiera się w tym ojcowskim westchnieniu… I Jezus musiał to usłyszeć, bo nie trzyma tego człowieka w niepewności. Uzdrowienie jest natychmiastowe, choć ów człowiek musi odbyć swoją drogę wiary… Musi wrócić do domu nie wiedząc co tam zastanie. Musi poczekać do następnego dnia, żeby ta radosna wiadomość się potwierdziła.

Taka niezwykła lekcja prostoty i przejrzystości w modlitwie. Panie, nie ma nic, o czym byś nie wiedział… Wiesz, że w tym, o co Cię proszę, nie ma żadnych ukrytych celów, nie chodzi o żadne rozgrywki, nie ma w tym żadnego podstępu… Jesteś tylko Ty i tak wielu, którzy zawierzają się mojej modlitwie… A ja biegnę… I mam tylko chwile na rozmowę z Tobą… Dlatego popatrz na nich czule, tak jak patrzysz na mnie… Popatrz na nich i daj każdemu to, czego najbardziej potrzebuje… Żeby żył… Wiecznie…


poniedziałek, 20 marca 2017

Józef - skała...

zdj:flickr/Rick Schwartz/Lic CC
(Mt 1,16.18-21.24a)
Jakub był ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem. Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański.

Mili Moi…
Kolejne dni płyną, znów tydzień minął, a ja z niemałym zdumieniem stwierdziłem, że zakończyłem go z jedną czwartą trzeciego rozdziału mojej pracy. To jest dla mnie jakoś niewiarygodne… Te literki, które pojawiają się na białych stronach, aby po chwili zamienić się w zdania. Ta numeracja stron, w której każda kolejna wartość cieszy w sposób zupełnie niezwykły… No i w jakimś sensie chyba radość tworzenia, choć nie łudzę się, że to będzie poczytne dzieło… Ale może choć niektórzy zainteresowani postacią o. Kolbego kiedyś po to sięgną…

Jako że twórczość piśmiennicza pochłania mi większość czasu, mam go znacznie mniej na eksplorowanie rzeczywistości, więc żadnych specjalnych newsów chyba nie ma… Oczywiście poza tym, że trwają próby do naszego parafialnego Misterium Męki Pańskiej. Podziwiam tych ludzi – aktorów i chórzystów, bo spędzają długie godziny na szlifowaniu warstwy artystycznej. To duże poświęcenie, ale i efekt będzie z pewnością piękny… Już za dwa tygodnie będziemy się mogli o tym przekonać… Poza tym czekamy na jeszcze dwie wyceny remontu naszej zepsutej kościelnej windy. Bez niej nasi starsi parafianie cierpią, bo strome schody są dla wielu z nich prawdziwą męczarnią. Dobiega tez końca remont kolejnego pomieszczenia w naszym zakonnym domu. Na parkingu i wokół kościoła zawisły niedawno nowe lampy, które rozjaśniają noc, jakby to był dzień. No i kilka innych ważnych z perspektywy proboszczowania i parafii spraw, którymi rzecz jasna nie będę Was już zanudzał…

W miniony piątek nawiedziła nas siostra Nancy, która jest w diecezji odpowiedzialna za życie zakonne. Składa taka wizytę w każdym zakonnym domu co roku. Mile pogawędziliśmy. Dowiedziałem się przy okazji, że mamy w diecezji około 300 sióstr zakonnych i… nawet nie 20 zakonników. Jak się okazuje – męskie życie konsekrowane to towar deficytowy w tej części USA.

Siostra Nancy spytała mnie dlaczego nie pojawiam się w jednej z katolickich szkół średnich na corocznym spotkaniu młodzieży z zakonnikami. Ja odpowiedziałem jej zgodnie z prawdą, że mój angielski na to nie pozwala. Po prostu mi wstyd, kiedy musze publicznie przemawiać. Na to ona w duchu proroczym powiedziała mi – father, ale przecież tu nie chodzi o ciebie, ale o Jezusa i o te dzieci, z których połowa nawet nie jest katolikami i nie mają pojęcia o życiu zakonnym. Może warto im nawet w niedoskonałym angielskim coś o tym opowiedzieć… No, może… Wierzę, że s. Nancy ma rację… Teraz jeszcze musze się nauczyć tą wiarą żyć…

A dziś święty Józef, jeden z większych świętych Kościoła, jeśli wolno nam ich w jakikolwiek sposób szeregować. Kiedy o nim myślę, to anegdotycznie przychodzi mi do głowy scena z czerwonym dywanem i głos obwieszczający – Oskar za najlepszą rolę drugoplanową wędruje do… Józefa z Nazaretu… Rzeczywiście jest on zupełnie drugoplanowym świętym, a przecież tak niesłychanie ważnym, bliskim Jezusowi. Osiągnął szczyty wielkości nie wyróżniając się z tłumu. To mi bardzo imponuje – jego pokora i skromność, cichość i pozorna zwyczajność. Chciałbym być otoczony takimi właśnie ludźmi…

Ale po drugie jest jeszcze jego męska duma, którą schował do kieszeni. Decyzja o wzięciu Maryi do siebie, z dzieckiem, musiała być szalenie trudna, a Józef wiedział, że również brzemienna w skutki. On wiedział, że to już na zawsze. Wiedział, że z tej wiary w Boże objawienie będzie musiał uczynić fundament swojego życia. Wiedział, że słowa anioła będą musiały mu wystarczyć w chwilach ludzkich zwątpień i niepokojów. Jego syn, Jezus, był całkiem zwyczajnym dzieckiem. Nic nie potwierdzało Jego wyjątkowości, nie było zewnętrznego „paliwa” dla tej wiary. Dzięki temu była ona „naga”, czysta, święta, ściśle związana ze Słowem. Bóg powiedział i to wystarczyło Józefowi. To dla mnie wielka, wielka sprawa… I za to Józefowi dziś dziękuję…

środa, 15 marca 2017

błogosławiony śnieg...

zdj:flickr/::Lenz/Lic CC
(Mt 23,1-12)
Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.


Mili Moi…
Chce się z Wami podzielić jak szybko Pan odpowiada na nasze pragnienia. Zamarzył mi się zakonny dzień, taki, o którym mógłbym powiedzieć, że przeżyłem go właściwie – jako kapłan i zakonnik, według zasad, które sam wybrałem, a za którymi w tym życiowym pędzie tak często tęsknię…

I dziś Pan zadziałał w sposób niezwykle prosty. Śnieżyca odcięła nas od świata. Ani my nie mogliśmy za bardzo wyjść z domu, ani nikt do nas się przedostać. Cisza, spokój, tylko wiatr wyjący za oknem i gruby śnieg, a potem deszcz zacinający o szyby. Telefony milczą. Ruch wokół nas zamarł…

Jaki tego owoc? Powstało kilka stron doktoratu (znów zaczynam wierzyć, że może jednak uda się to zakończyć), sprawowaliśmy piękną Eucharystię z moim gwardianem w pustym i cichym kościele, znalazł się czas na wydłużoną modlitwę, na lekturę duchową, na adorację. Była też praca fizyczna z łopatą i ciężkim śniegiem. Nie mam siły ruszyć ręką, ani nogą… Ale jestem bardzo, ale to bardzo szczęśliwy. I niesamowicie wdzięczny Panu Bogu. Bo wszystkie elementy zakonnego życia znalazły dziś swoje miejsce w moim dniu. Oby takich dni jak najwięcej…

Wczoraj na siłowni przypadkowo natrafiłem na opis wizji piekła, która została dana świętemu Janowi Bosko. Posłuchałem z uwagą. I jedna z największych pułapek demona, którą on wymienia, a która wielu ludzi sprowadza z drogi zbawienia nazywa się „ludzki wzgląd”. Jakby na potwierdzenie wczorajszych słów, dzisiejsze Słowo, które przestrzega przed grą pozorów. Nie musisz przeglądać się w oczach ludzi – mówi Pan. Nie musisz grać kogoś innego. Nie musisz szukać uznania i pochlebstw. Jesteś tym, kim jesteś w oczach Bożych i nikim więcej… Nie możesz być nikim więcej. Twoje imię to „umiłowane dziecko”. To w zupełności wystarczy… Jesteś kochany przez Ojca… To wystarczy…

poniedziałek, 13 marca 2017

chaos miliona spraw...

zdj:flickr/Jim Whimpey/ Lic CC
(Łk 6,36-38)
Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie.

Mili Moi…
Dzień za dniem mija… Szybko… Trwamy w oczekiwaniu na śnieg… Mówią, że jutro spadnie pół metra… To byłoby najwięcej tej zimy. Bo chyba jeszcze nie wiosny, choć przyroda zdecydowanie budzi się już do życia. Może dzięki tej śnieżycy uda mi się coś napisać, bo wszystkie możliwe spotkania na najbliższe dwa dni są odwołane. A miało ich być całkiem sporo – spowiedź młodzieży w katedrze, spotkanie proboszczów z biskupem, wielkopostny dzień skupienia dla księży…. A to wszystko godziny, godziny, godziny… Nie pomaga wstawanie o 4.30. Nie nadążam z opracowywaniem kolejnych konferencji, homilii. A gdzie tu jeszcze czas na doktorat… Poza tym sporo spotkań duchowych… Godziny spowiedzi… Cóż, właściwie sam tego chciałem.. Gdybym spowiadał tylko przed mszą, byłoby inaczej… A tak, ludzie walą z odległych stron, bo tu podobno jest wariat, który słucha… No i słucham, czasem dwie, czasem trzy godziny… Jeśli do tego dodać jeszcze całą „papierologię”, wyceny windy, która się popsuła w kościele, remont kolejnego kawałka naszego domu, zbliżające się zakończenie montowania klimatyzacji w kościele, konsultacje w sprawie sprzątania kościelnych łazienek, wybór pieśni na I komunię, dyskusje nad programem przygotowań do bierzmowania, poszukiwania parafialnego dyrektora do spraw edukacji katolickiej, organisty i milion innych rzeczy, które niesie ze sobą codzienność, to nie mogę powiedzieć, żebym się nudził… Wieczory spadają na mnie niespodziewanie,  ale nie trwają długo, bo zwykle zasypiam na trzeciej stronie lektury, którą „warto by było przeczytać”.

Nie użalam się nad sobą… Myślę tylko głośno nad kapłańskim życiem. Tak bardzo bym chciał mieć dużo czasu na modlitwę, lekturę, rozmyślanie, opracowywanie tematów, którymi mógłbym się podzielić z moimi parafianami. I bynajmniej nie jest tak, że wszystko trzymam w swoich rękach i nie dzielę odpowiedzialności. W Ameryce to niemożliwe. Mnóstwo rzeczy w parafii robią ludzie świeccy i chwała im za to. Bez nich nasze działania w tych przeróżnych systemach komputerowych i innych byłyby niemożliwe. A jednak mam takie poczucie, że mnóstwo czasu pożerają mi działania, do których z pewnością nie trzeba mieć święceń kapłańskich. Jak to zmienić? Nie mam pomysłu… Czasem mam taka wielką pokusę, żeby uciec na pustelnię… Zniknąć, po prostu zniknąć…

A dzisiejsze Słowo to takie ulubione… tych wszystkich, którzy chcieliby wyeliminować z życia wszelką krytykę. Tak łatwo wówczas przywołać Jezusowe słowa – nie sądźcie, nie potępiajcie, odpuszczajcie… I już. Zamknięte usta wszystkich, którym przychodzi do głowy stawiać jakiekolwiek wymagania, krytykować grzech, czy wzywać do nawrócenia. Zanim mnie ocenisz, najpierw przekonaj się, że sam jesteś idealny – takie i tym podobne bzdurki krążą po internecie z lubością powielane przez tych, którym być może ktoś, kiedyś „nadepnął na odcisk”.

Tymczasem Jezus również oceniał rzeczywistość i ludzi w niej żyjących, krytykował popełniających grzechy, a kiedy odpuszczał, stawiał wymagania. Kochał, ale mądrze. Wiedział bowiem, że „łatwa miłość” bez wymagań nie istnieje, a co więcej, nie jest w stanie zaspokoić głodu ludzkiego serca. I choć z pewnością nikt z nas nie powinien bawić się w Boga, to wszyscy potrzebujemy krytycznego spojrzenia na siebie, na rzeczywistość i na innych, w takiej chyba właśnie kolejności. A stawiając tym „innym” wymagania, warto zreflektować, czy takie same stawiam sobie samemu…