sobota, 30 kwietnia 2016

kraj wielkiej modlitwy...

zdj/flickr/Harley Pebley/Lic CC
(J 15,18-21)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Pamiętajcie na słowo, które do was powiedziałem: Sługa nie jest większy od swego pana. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować. Jeżeli moje słowo zachowali, to i wasze będą zachowywać. Ale to wszystko wam będą czynić z powodu mego imienia, bo nie znają Tego, który Mnie posłał.


Mili Moi…
To, co przeżyłem wczoraj wydaje mi się absolutnie niemożliwym do porównania z jakimkolwiek dotychczasowym doświadczeniem koncertowym. Zresztą nazwać to wydarzenie koncertem, to oznaczałoby obedrzeć je z jego najgłębszej istoty. To był prawdziwy wieczór chwały, podczas którego nie było najmniejszej wątpliwości o Kogo w tym wszystkim chodzi. Pierwsza rzecz – ci artyści nie byli skupieni na sobie ani przez moment. Nikt nikogo nie hołubił, nie było zwracania uwagi na siebie nawzajem. Był tylko Jezus i Jego imię na ich ustach. Uwielbienie było obłędne, szalone, intensywne. Fantastyczna muzyka i najnowsze efekty wizualne użyte dla głoszenia Bożej chwały.

Wiele razy, kiedy oglądałem ich koncerty, nie dowierzałem, że ci ludzie, którzy wypełniali szczelnie te różne wielkie pomieszczenia, wchodzą tak zdecydowanie w modlitwę. Ale wczoraj przekonałem się, że tak jest istotnie. Przyglądając się ludziom wokół, tam naprawdę było bardzo niewielu ludzi na koncercie. Oni tam przyszli się modlić. A ja modliłem się razem z nimi. Wielka rzecz. Zastanawiałem się ilu tam było katolików? Księży chyba niewielu. W habicie pewnie byłem tylko ja. Ale nikt nie patrzył na mnie dziwnie. Wspólna modlitwa – to liczyło się nade wszystko. Nie zapomnę tego doświadczenia na długo. Byłem naprawdę szczęśliwy, że Bóg pozwolił mi być w tym miejscu, w tym kraju, gdzie rodzą się tak cudowne rzeczy, gdzie powstają tak niezwykłe Boże dzieła. W kraju takiej modlitwy...

Przy całym zachwycie, nie zabrakło jednak jednego, trochę smutnego momentu. W pewnej chwili zespół zarządził „komunię”. Oczywiście nie mogli jej udzielić wszystkim, więc wybrali kogoś z widowni, kto miał ją przyjąć w imieniu wszystkich. Rzecz jasna po całym wykładzie dotyczącym symbolicznej obecności Jezusa i po krótkiej modlitwie, bracia na scenie poczęstowali się kawałkiem chlebka ze stoliczka i popili to winkiem z kielichów. Koncert trwał nadal… W tym momencie poczułem się arcyszczęśliwy, że jestem katolikiem, że przyjmuję realne Ciało i Krew mojego Pana, mało tego – na moje słowo chleb i wino się w nie przemieniają. Uwielbiam Cię Jezu w Kościele Katolickim, Matce naszej…

A dziś dochodzę do siebie… Trochę to trudne, bo za chwilę rozpoczynamy nasz parafialny dzień skupienia, a późnym wieczorem bankiet naszej grupy teatralnej. Ale mam nadzieję, że Pan doda mi sił i pozwoli również jutro wstać i służyć. Tak jak potrafię, moim braciom w Kościele…

Słowo pokazuje mi dziś dwóch wychowawców, jak określił to jeden z komentarzy – Ducha Świętego i prześladowania. Duch, który przez Ojców Kościoła bywał nazywany trenerem męczenników i który uczy całej prawdy o Jezusie, prawdy, która daje siły do zniesienia nawet największych przeszkód i przeciwności. I prześladowania, których pierwotny Kościół nie unikał i nie chciał unikać. Hartowały wnętrze chrześcijan i pokazywały, że to, co najważniejsze w życiu, musi kosztować. Czasem płacili cenę najwyższą. Ale bez żalu. Bo wierzyli obietnicy…

Mnie takie wieczory, jak wczorajszy, pomagają dostrzec Boga Żyjącego, działającego pomiędzy nami. Duch Święty nie próżnuje – tłumaczy i objawia. A co z prześladowaniami? Czekam… Przygotowuję się… Na pewno nadejdą… Towarzysząc Jezusowi na poważnienie nie można ich uniknąć…

piątek, 29 kwietnia 2016

do przodu...


(J 15,9-11)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna.


Mili Moi…
Aktywności mi nie brakuje… Wczoraj cały dzień spędziłem przed ekranem przygotowując sobotni dzień skupienia dla naszej parafii. Mam z tego dużo radości. Tym więcej, że skupiamy się na świętym Piotrze w tym roku, który jest zdecydowanie moim ulubionym, ewangelicznym bohaterem. A będziemy mówili o jego zdradzie… Ciężki temat. Ale bardzo związany z naszym życiem…

Dziś prowadziłem natomiast przedostatni przed wakacjami dzień skupienia dla sióstr w Clifton. Też o świętym Piotrze – jakoś tak mnie natchnęło. Choć zupełnie w innym kontekście – wspólnoty i poszukiwania woli Bożej. Wściekałem się w drodze powrotnej. Nie wiem jak powstają korki, ale ten dzisiejszy mnie jakoś szczególnie wyprowadził z równowagi. Podziwiam ludzi, którzy spędzają w korkach pół życia. Wieczorem zaś spotkanie rady parafialnej. Bardzo przyjazna atmosfera i kilka pomysłów „pchniętych”. Przede wszystkim zatwierdzony projekt remontu łazienek. Można więc rozpoczynać. Z tego cieszę się najbardziej.

Jutro zaś kolejne muzyczne marzenie ma stać się rzeczywistością. Jadę do Bostonu na koncert Hilsong United. To znakomity, australijski, protestancki zespół reprezentujący jeden z tak zwanych „megakościołów”. Grają świetnie. No i modlą się śpiewem. Wczoraj wieczorem byłem też na spotkanie ze znakomitym ewangelizatorem – Johnem Michaelem Talbotem, niegdyś bardzo popularnym również w Polsce. On powiedział nam jedną ważną rzecz – śpiewajcie, dużo śpiewajcie, bo młodzi odchodzą do kościołów protestanckich przede wszystkim ze względu na muzykę, którą tam znajdują… To jest zdecydowanie dobra rada… (swoją drogą piękne spotkanie – proste wytłumaczenie Eucharystii… wiele humoru… sporo pięknych pieśni).

No i myślę dziś o tym najbardziej sprofanowanym słowie współczesności. Miłość. Tak wiele rzeczy się pod tym słowem rozumie. Tak wiele, które z prawdziwą miłością nie mają nic wspólnego. Ta, o której mówi Jezus łączy się zawsze z prawdziwą radością, co nie oznacza, że z wolnością od cierpienia. Ponieważ ani cierpienie radości, ani radość cierpienia nie wyklucza. Człowiek, który kocha potrafi przeżywać jedno i drugie z takim samym spokojem ducha, a w każdej sytuacji znajduje pokrzepienie w jedynym źródle miłości – w Jezusie.

Czasem pytam sam siebie – czy ja kogokolwiek potrafię kochać? Czy kocham? Badam swoją zdolność do ponoszenia ofiary… Czasem wydaje mi się, że jest dobrze, a za chwilę fakty temu przeczą. Jedno wiem – tęsknoty za miłością mi nie brakuje. I wiem też, że nikt nie może mi dać tego za czym tęsknię – tylko On… Pan, Miłość Objawiona…

PS. A wieczorem pod kościołem przydybałem z aparatem tego oto osobnika… Ukryty parafianin, którego od wielu miesięcy wyczuwałem nosem, a zobaczyłem dopiero dziś… Spokojny… Świadom swojej przewagi… Piękny…


wtorek, 26 kwietnia 2016

zmęczonych nóg mi trzeba...

zdj:flickr/Jussie D. Brito/Lic CC
(Mk 16,15-20)
Jezus ukazawszy się Jedenastu rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły.


Mili Moi…
Przepraszam za długie milczenie, ale mówiąc najszczerzej, nie miałem ani siły, ani weny do pisania w ostatnich dniach. Moje podróże z moimi gośćmi były cudowne i stały się dla mnie znakomitym źródłem relaksu psychicznego, ale fizycznie czuję się wyczerpany. Przejechałem w tych dniach wiele mil, co wiąże się oczywiście z dużym napięciem i skupieniem, żeby te zakonne skarby Kościoła wszędzie dowieźć bezpiecznie. Udało się. Zwiedziliśmy całkiem sporo i myślę, że siostry całkiem zadowolone wróciły wczoraj do domu. A ja od dziś zacząłem dochodzić do siebie. Najpierw się trochę wyspałem, a potem wszedłem w różne zaległości, których nazbierało się przez czas mojej nieobecności w domu. Ale wszystko na jak najlepszej drodze. I właściwie uświadomiłem sobie wczoraj na lotnisku, że za kilka tygodni ja sam mam tam pojechać, wsiąść do samolotu i zrealizować swój własny urlop w Polsce. To zupełnie niezwykłe… Kolejne wakacje. Już tak niedługo… Jedyne, co spędza mi sen z powiek, to moje spotkanie z moim czcigodnym promotorem i konieczność wyznania prawdy. Doktorat? Chyba nie w tym życiu… Staram się nie tracić nadziei, ale jest to z dnia na dzień coraz trudniejsze… Tym bardziej, że końcówka roku duszpasterskiego jest bardzo intensywna. Ostatnie przygotowania do I Komunii i Bierzmowania, czas Zesłania Ducha Świętego, Boże Ciało, nabożeństwa majowe… Ale damy radę…

A dziś myślę tylko nad jednym słowem z Ewangelii. Idźcie… To mnie cały czas bardzo dotyka. Nie tylko dlatego, że była to metoda Jezusa i Jego uczniów, ale również dlatego, że jest ona ściśle związana z historią naszego Zakonu. Franciszek ją wybrał i na niej oparł tę nową rodzinę w Kościele. Idźcie oznacza ni mniej ni więcej, tylko bądźcie w drodze z Ewangelią. A ja czuję, że w obecnym okresie mojego życia jestem jak najdalszy od realizacji tego zalecenia. A pragnienia wciąż są i modlę się, żeby Pan mnie kiedyś tak naprawdę posłał. Żebym usłyszał słowa, które stały się udziałem Barnaby i Pawła – poślijcie ich już na tę misję, do której ich przeznaczyłem. I poszli… Bardzo realnie i prawdziwie przebierając nogami.

A ja siedzę… Tworzę plany rozwoju parafii, zatrudniam, remontuję. Owszem, głoszę, ale pozbawiony dynamizmu drogi, bo jedyna odległość, którą przemierzam z Ewangelią to tych kilka metrów z klasztoru do drzwi zakrystii. A ona potrzebuje świeżości wiatru, zapachu pól, zmęczonych nóg i radości ze spotkania… Może jeszcze kiedyś… Czekam na ten dzień…

wtorek, 19 kwietnia 2016

i tym razem... żyć wiecznie...

zdj:flickr/BKL/Lic CC
(J 10,1-10)
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec. Temu otwiera odźwierny, a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych. Tę przypowieść opowiedział im Jezus, lecz oni nie pojęli znaczenia tego, co im mówił. Powtórnie więc powiedział do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ja jestem bramą owiec. Wszyscy, którzy przyszli przede Mną, są złodziejami i rozbójnikami, a nie posłuchały ich owce. Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony - wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę. Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości.


Mili Moi…
A dziś wzięliśmy „na tapetę” Waszyngton. Z założenia miało to być łażenie po mieście, bo choć Waszyngton jest pełen muzeów, to żadne z nas za nimi nie przepada, więc mijaliśmy je dziś. Ale samego łapania klimatu wystarczyło nam na cały dzień. Przede wszystkim była cudowna pogoda – 30 stopni Celsjusza, słonecznie i bezwietrznie. Jak to dobrze, że wziąłem krótkie spodenki. Poza jedną drobną wpadką, dzień był absolutnie udany. Otóż postanowiliśmy wybrać się do katedry. Podobno piękna… Szliśmy do niej ponad godzinę. I doszliśmy. Rzeczywiście piękna, ale od samych drzwi coś mi nie pasowało. A i na nas patrzono dziwnie, zwłaszcza kiedy powiedziałem, że nie chcemy kupować biletów na zwiedzanie, bo idziemy się modlić. Wpuszczono nas, a jakże… do katedry kościoła episkopalnego… A potem już było tylko weselej. Postanowiliśmy wrócić autobusem. Starałem się u kierowcy potwierdzić, czy jedzie tam, gdzie chcemy, a on o to samo zaczął pytać resztę pasażerów… Nie miał niestety pojęcia o swojej trasie… Więc po chwili wisiała nad nim usłużna staruszka i instruowała go którędy powinien jechać… Dotarliśmy jednak szczęśliwie na parking, a niedawno także do hotelu…

Przed chwilą odprawiliśmy Mszę Świętą… I pomyślałem jaki ten Pan Jezus cudowny… Przychodzi tak samo do pięknych, katedralnych wnętrz, jak i do śmierdzącego pokoju hotelowego (bo dziś niestety nie trafiliśmy najlepiej). Przychodzi do swoich dzieci zawsze, ilekroć jest wzywany. Niezawodny Bóg…. Ten, który jest bramą dla owiec, przez którą one przechodzą do wieczności…

Dziś kolejną owcę tam zaprosił, owcę ważną również dla mnie, owcę, za którą modliłem się dziś w Eucharystii. W nocy odszedł do domu Ojca Ryszard, tata mojego rocznikowego brata i przyjaciela, Krzyśka. Ryszard miał 59 lat i był też trochę moim tatą. Mamy taki zwyczaj w zakonie, że rodzice naszych braci, zwłaszcza tych z seminaryjnego rocznika, są rodzicami także dla nas i tak zwykle się do nich zwracamy – „mama i tata”.  Ryszard i Bożena byli jednak szczególni. Poruszeni moim losem i faktem, że nie miałem już rodziców, postanowili mnie niejako „zaadoptować”. We wszystkich uroczystościach zakonnych, podczas których eksponowano rodziców, czy organizowano dla nich jakieś oddzielne spotkania, ja siła rzeczy byłem sam. Wówczas Ryszard i Bożena prosili, żebym siadał z nimi i ich synem Krzysztofem, że oni będą dla mnie rodzicami, skoro już swoich własnych nie mam. Bardzo często ich podczas mojej formacji seminaryjnej odwiedzałem i szczerze lubiłem i lubię do dziś… Tym smutniej mi się zrobiło, kiedy dziś wieść o śmierci Ryszarda nadeszła. Wiedziałem, że jest jej bliski, ale po cichu modliłem się, żeby dotrwał do mojego urlopu, żebym mógł być na pogrzebie, a może nawet zdążyć się z nim pożegnać… Ale Pasterz wie lepiej… Więc Rysiu, „tato”, pamiętaj o nas w niebie i troszcz się tam o tych swoich rodzonych synów, ale i tych duchowych, bo sam wiesz, że nie jest łatwo być dobrym księdzem dzisiaj, nie raz o tym rozmawialiśmy…

A kiedy i nasza kolej nadejdzie, to może Ty nam tę bramę nieba otworzysz… W każdym razie mam szczerą nadzieję, że będziesz kolejnym, który odszedł po to, by żyć… I tym razem będziesz żyć wiecznie… Czekaj cierpliwie na nas… I pozdrów moją mamę… Powiedz, że z każdym rokiem mi do niej bliżej…

niedziela, 17 kwietnia 2016

i tęsknie...

zdj:flickr/Patryk/Lic CC
(J 6,55.60-69)
W synagodze w Kafarnaum Jezus powiedział: Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. A spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, wielu mówiło: Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać? Jezus jednak świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą. Jezus bowiem na początku wiedział, którzy to są, co nie wierzą, i kto miał Go wydać. Rzekł więc: Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane przez Ojca. Odtąd wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: Czyż i wy chcecie odejść? Odpowiedział Mu Szymon Piotr: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga.


Mili Moi…
Dni płyną, a my jeździmy… Już słabo mi się robi na widok samochodu… Setki mil przejechane, ale i wrażeń nie brakuje… Niagara obejrzana, także z kanadyjskiej strony. Ostatnio widziałem ją stamtąd 10 lat temu. Znacznie ciekawsze wrażenie, niż od strony USA. Przejście przez granicę… Cóż… Do Kanady średnio miło, ale z powrotem, wręcz przeciwnie. Może to zasługa pana Zawistowskiego, który nas odprawiał. Miły młody człowiek, który już niestety nie mówi po polsku, ale… aż chciało się wracać…

Środa to dolny Manhattan. Muzeum 9/11, które zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Najpierw trochę ruin i kiedy już zacząłem się zastanawiać co w tym ludzie widzieli, że niektórzy mi tak zachwalali, wówczas weszliśmy w ekspozycję dotycząca zamachu minuta po minucie… Wszystkie nagrania… Głosy ludzi… Treść ich telefonów do rodzin… Skaczący z okien… Wstrząsające… Ale chyba najbardziej poruszyły mnie nagrania… odprawy zamachowców na lotnisku. Nigdy wcześniej tego nie widziałem… Zwyczajni ludzie… W białych koszulach. To jakoś szczególnie uzmysłowiło mi, że śmierć czasem nadchodzi z zupełnie niespodziewanej strony. Z zaskoczenia…

Czwartek to już amisze i Lancaster. A po drodze nazaretański uniwersytet w Philadelphii. Pogoda nam się zrobiła iście wiosenna, więc z wielką przyjemnością spacerowaliśmy. Na mnie znów największy wrażenie zrobił cmentarz sióstr. Bardzo ich tam wiele, a prawie wszystkie nazwiska polskie. Żyły, modliły się, pracowały dla Jezusa. I tam ich prochy czekają na zmartwychwstanie. Każda miała swoją historię, każda zaniosła przed tron Pana jakieś dobro uczynione… Piękne miejsce. A wieczorem… Przedstawienie „Samson” (którego trailer u dołu zamieszczam. W ubiegłym roku widziałem w tym samym teatrze sztukę „Józef”, ale muszę przyznać, że ta podobała mi się jeszcze bardziej. Poruszające… I cenne refleksje. Jak choćby ta – łaska jest jak włosy – możesz zdecydować, że je obetniesz, ale one i tak odrosną. Chwała Najwyższemu za to miejsce, gdzie Biblia staje się tak prawdziwa…

Piątek to już spokojny kurs statkiem wokół Manhattanu i leniwy spacer po mieście. Najważniejsze miejsca odwiedzone. Można myśleć o następnym tygodniu wypraw… A dziś pochowałem kolejnego, odwiedzanego przeze mnie chorego. Joseph w lutym skończył 100 lat. Dziś odszedł po zasłużoną nagrodę. Polski weteran. Pięknie zabrzmiał nasz hymn śpiewany na koniec Mszy… Siostry dziś w gościach, a ja nadrabiam tygodniowe zaległości. Wszak nie mam urlopu i proboszczowanie trwa…

A dziś, kiedy słyszę Pana mówiącego – wśród was są tacy, którzy nie wierzą, to moje serce drży. Bo natychmiast nasuwają się kolejne pytania – ilu ich jest? No i chyba naturalnie – którzy? Jak to dobrze, że Bóg nie daje mi wglądu w ludzkie serca i tylko On zna poziom wiary innych. Ale za to dał mi możliwość spoglądania w moje własne. Tam szukam wiary, tam ją znajduję, tam ją chcę budować. Innymi mam się zajmować tylko służąc im pomocą w ramach moich ludzkich możliwości. Cała reszta zależy od Ojca, który tak wielu z nas dał łaskę – włączył nas przez chrzest do tej wspólnoty zbawienia, jaką jest Kościół. A co my na to? O tym może powiem kilka słów jutro… Postaram się…

Dziś, po zakończonych uroczystościach 1050 rocznicy chrztu Polski chcę tylko wyrazić wdzięczność mojemu Panu. Za to, że wierzę i że ta wiara nadaje sens mojemu życiu. Za to, że nie wyobrażam sobie mojego życia bez Niego. I za to, że wciąż za Nim tęsknię… Baaaaardzo…


wtorek, 12 kwietnia 2016

a po co?

zdj:flickr/Alessandro Grussu/Lic CC
(J 6,22-29)
Nazajutrz po rozmnożeniu chlebów lud, stojąc po drugiej stronie jeziora, spostrzegł, że poza jedną łodzią nie było tam żadnej innej oraz że Jezus nie wsiadł do łodzi razem ze swymi uczniami, lecz że Jego uczniowie odpłynęli sami. Tymczasem w pobliże tego miejsca, gdzie spożyto chleb po modlitwie dziękczynnej Pana, przypłynęły od Tyberiady inne łodzie. A kiedy ludzie z tłumu zauważyli, że nie ma tam Jezusa, a także Jego uczniów, wsiedli do łodzi, przybyli do Kafarnaum i tam szukali Jezusa. Gdy zaś odnaleźli Go na przeciwległym brzegu, rzekli do Niego: Rabbi, kiedy tu przybyłeś? W odpowiedzi rzekł im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości. Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec. Oni zaś rzekli do Niego: Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże? Jezus odpowiadając rzekł do nich: Na tym polega dzieło /zamierzone przez/ Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał.


Mili Moi…
Dziś kilka słów ze szczególnego miejsca… Z moimi gośćmi trafiliśmy nad Niagarę. Nie pierwszy już raz oglądam wodospad, ale za każdym razem coraz większe rozczarowanie. Dziś spowodowane remontem, który sprawia, że właściwie niczego nie da się zobaczyć. Ale, jako że dotarliśmy tu późnym popołudniem, to ufam, że nadrobimy wszystko jutro, bo dziś wszelakie atrakcje były niedostępne. Poza tym pogoda „pod zdechłym Azorkiem”, więc z radością delektujemy się już hotelowym spokojem…

Oczywiście podróżowanie z dwiema siostrami zakonnymi musi nastręczać niemało wesołych sytuacji. Wczoraj w Nowym Jorku podszedł do nas po dłuższym czasie obserwacji niejaki Mark, który koniecznie chciał nam zafundować deser i kawkę, bo siostry uruchomiły w nim falę wspomnień. Chodził swego czasu do katolickiej szkoły, mama była katoliczką, on sam nieco odsunął się od wiary… Bardzo miły człek… Miał wprawdzie pomarańczowe okulary, niebieską kurtkę i różową torbę na zakupy, ale… Dziś natomiast przeżyłem mój kolejny „pierwszy raz”. Wiele razy zastanawiałem się kiedy to nastąpi, a tu dziś… Zostałem zatrzymany przez policję… Na drodze rzecz jasna… Pan podszedł i zapytał czy wiem za co… Oczywiście wiedziałem. Troszkę za szybko chciałem nad tę Niagarę dotrzeć… Ale pan policjant zamiast na moje prawo jazdy, zaczął zerkać do wnętrze samochodu… Wyraz jego twarzy… Do tej chwili nie wiem jak go opisać… Młody człowiek… Ale gdybym miał podać przykład na „opad szczęki do ziemi” to już chyba zawsze ten policjant będzie moim punktem odniesienia. Zgiął się wręcz w pół i zaglądał, zaglądał, zaglądał… W końcu się ocknął i wziął moje prawo jazdy… Obejrzał je niedbale i zapytał – a ty jesteś księdzem? Skwapliwie potwierdziłem (bo wiem, że mój habit nie jest jednak wystarczająco czytelnym znakiem dla wielu). Na co pan uśmiechnął się, oddał mi prawo jazdy i powiedział – to zwolnij trochę, dobra? Wesoło nam było ze trzy godziny…

Poza tymi wesołymi przygodami, modlimy się wspólnie i gawędzimy… Dziś towarzyszy mi myśl o motywacjach poszukiwania Jezusa. One mogą być takie różne. Ale zastanawiam się czy w ogóle jakieś są? Czy my je sobie uświadamiamy? Po co my do Niego przychodzimy? On ma tylko jedno pragnienie. Dziś o nim mówi. To zresztą również pragnienie Ojca. Abyście uwierzyli…

Rzecz jasna nie chodzi o intelektualny fakt. Ten jest najłatwiejszy z całego aktu wiary. Chodzi o przeżywanie wiary jako relacji z Kimś, kto sam stał się chlebem. Nie tylko po to, żeby głód cielesny w nas zaspokoić, ale nade wszystko, aby wypełnić najgłębsze, duchowe pragnienia naszego serca.

Po co nam więc ta świadomość motywacji? Bo jeśli nie będziemy wiedzieli po co do Niego przychodzimy, to z cała pewnością nasze głody nie zostaną zaspokojone. Byłoby to bowiem ze szkodą dla nas. Nie zauważylibyśmy działania naszego Boga. Nie skorzystalibyśmy tak naprawdę. Wzięlibyśmy coś, czego wartości nie zdołalibyśmy ocenić. Perły wobec… Dlatego tak bardzo nam potrzeba świadomości. Tego, co Bóg może i tego, co pragnie dla nas uczynić… A potem dzieją się cuda… Bo już wiemy o co prosić w modlitwie…