środa, 18 listopada 2015

jesteś potrzebny...

zdj:flickr/Wayne S. Grazio/Lic CC
31 Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. 32 I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. 33 Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. 34Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! 
35 Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; 
byłem spragniony, a daliście Mi pić; 
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; 
36 byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; 
byłem chory, a odwiedziliście Mnie; 
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie". 
37 Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? 38 Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? 39 Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" 40 A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Mt 25, 31-40.

Mili Moi…
Mocno intensywny początek tygodnia już za mną. Wczoraj dzień zakupów. Nie lubię tego bardzo. Ale w związku z tym, że nasze karty kredytowe znów działają, a nazbierało się mnóstwo drobiazgów, które należało zakupić do domu i do kościoła, spędziłem wczoraj prawie cały dzień na łażeniu po sklepach. Prawdziwy horror… Za to wieczorem dobre spotkanie rozeznające. Choć w osłabionym składzie, nasza wspólnotowa grupa rozeznająca coraz lepiej sobie radzi przygotowując środowe spotkania wspólnotowe.

Dziś natomiast spotkanie księży z naszego wikariatu (w Polsce nazywa się to dekanatem), czyli w naszym przypadku z wszystkich parafii Bridgeport (a jest ich czternaście). Spotkanie połączone z lunchem, tym razem miało miejsce u nas. Od samego rana musieliśmy więc je nieco przygotować. Ale po raz pierwszy poczułem, że spotkanie było sensowne. Dziś wywiązała się piękna rozmowa o tym, co dają nam zmiany w życiu – głównie chodziło o zmiany dotyczące naszych zaangażowani duszpasterskich i miejsc pracy. Amerykańscy księża są bardzo otwarci i chętnie się dzielą, także tym, co trudne. Sentencją, którą sobie szczególnie zapamiętam, jest zdanie jednego z okolicznych proboszczów, który wśród rzeczy, które natychmiast po rozpoczęciu pracy w nowym miejscu należy zrobić, umieścił znalezienie najbliższej siłowni, żeby mieć miejsce na pozbywanie się psychicznych napięć. Bardzo mądra rada…

Przy okazji spotkania udało mi się załatwić kilka spraw. Przede wszystkim porozmawiałem z sekretarzem biskupa, który jest proboszczem w sąsiedniej parafii (dodam, że młodszym ode mnie, ale nader sympatycznym) o terminie mojej instalacji. To taki obrzęd wprowadzenia nowego proboszcza do parafii, którego dokonuje biskup, lub jego delegat. Wkrótce się okaże kiedy to nastąpi. Pogawędziłem też z naszym wikariuszem na temat najbliższych zmian, które muszą się u nas dokonać dla lepszego przestrzegania prawa kościelnego. Okazało się, że kierunek zmian jest właściwy i zyskałem potwierdzenie moich intuicji. I z tych konsultacji szczerze się cieszę, tym bardziej, że zyskałem wraz z nimi obietnicę dalszej ewentualnej pomocy, gdybym jej w czymkolwiek potrzebował.

A w Słowie dziś słyszę zachętę do wrażliwości i to ściśle ukierunkowanej. Otóż ma mieć ona za adresatów najmniejszych. Czyli tych wszystkich, którzy są w rzeczywistej potrzebie, nie dadzą sobie rady sami, są bezradni i naprawdę potrzebują pomocy. To jedyne kryteria. Ani wyznanie, ani kolor skóry, ani rodzaj podzielanych przekonań, tylko realna potrzeba. To duże wyzwanie w świecie, w którym wołanie o pomoc nadchodzi z każdej niemal strony, a ich mnogość uodparnia na jakiekolwiek szczere porywy serca…

Co więcej, Jezus pokazuje wyraźnie, że nie oczekuje od swoich uczniów tylko tego, żeby się szczerze wzruszali, ale dużo bardziej pragnie ich realnego zaangażowania się w pomoc. A to kosztuje dużo więcej, niż ciepłe słowo, czy nawet najmilszy gest solidarności, choć i one pewnie mają swoje znaczenie. Człowieczeństwo – to wspólny mianownik. Ono ma nas motywować do pomocy, która przekracza pozory. Człowieczeństwo, dla którego ten drugi jest ważniejszy, niż kwiatek krówka, czy piesek. Człowieczeństwo, które, kiedy już raz zacznie pomagać, nie może przestać. Bo wie, że samemu Bogu pomaga… Stając się Jego rękami w świecie. I dostrzegając Jego rysy w tych najmniejszych. Dziś. Tu. Teraz.

poniedziałek, 16 listopada 2015

radujcie się...


(Mk 13,24-32)
Jezus powiedział do swoich uczniów: W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba. A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec.

Mili Moi…
Zakończyliśmy po południu rekolekcje dla kobiet. Pięknie było… Jak zawsze… I radości nie zabrakło i łez. Obserwuję to już po raz kolejny, że w ciągu trzech dni można naprawdę sporo zrozumieć, przeżyć, dowiedzieć się… Dla mnie to także były rekolekcje ze szczególnym momentem słuchania świadectw i podsumowań ze stronny uczestniczek. To rodzi zawsze wiele wdzięczności wobec Pana Boga, że czyni wielkie rzeczy dla nas…

A potem droga powrotna i krótka wizyta na chrzcielnym obiedzie jednej z naszych najmłodszych parafianek. Weronika dziś została włączona we wspólnotę Kościoła, co stało się źródłem radości dla ponad 100 gości, z którymi spotkałem się w jednej z okolicznych restauracji.

A wieczorem jeszcze spotkanie z Moniką, dobrą duszą, która w swej dobroci produkuje dla mnie jakieś arcypiękne kartki świąteczne. Dziś więc była sesja zdjęciowa… I wreszcie umęczony, ale szczęśliwy, mogę podsumować ten dzień. Chwała zań Najwyższemu…

A Słowo? No powoli robi się strasznie… Jak to pod koniec roku liturgicznego. Będziemy teraz codziennie słuchać o tych wszystkich okropnościach, które muszą się wydarzyć zanim świat się skończy. Kto wie, czy ich właśnie nie obserwujemy na żywo w całym niemal świecie. Jedno jest ważne – wszystkie one zakończyć się mają przyjściem Pana, do którego przecież należymy i w związku z tym nic złego stać nam się nie może. Ta prawda o Jego przyjściu jest niczym zawias, na którym zawieszone są te wszystkie dramatyczne zapowiedzi. One rzecz jasna mogą budzić nasz lęk, ale jest na to jedno lekarstwo…

Lęk bowiem jest uczuciem, które lubi dominować i podporządkowywać sobie wszystkie inne uczucia. Najlepszą odpowiedzią jaką możemy znaleźć na lęk, a właściwie wręcz szczepionką, która nas przed jego zgubnymi skutkami zabezpiecza jest…. radość. Człowiek, który się cieszy, nie ma miejsca w sercu na lęk… No ale z czego się tu cieszyć? Najlepiej z tego, co mam dobrego i pięknego, a co jest nieutracalne. Każdy znajdzie wiele takich rzeczy. Ja dziś widzę w moim życiu choćby dwie – moja męskość i moje kapłaństwo. Dwa Boże dary, których On nie cofa i które są nieustającym źródłem radości dla mnie. Nie muszę w związku z tym czekać na bodźce zewnętrzne. Mogę ucieszyć się tu, teraz i zawsze…

Bóg jest hojny… A największym źródłem mojej radości jest fakt, że mogę powiedzieć – to jest mój Bóg…

piątek, 13 listopada 2015

mój skarb...

zdj:flickr/nebojsa mladjenowic/Lic CC
(Łk 17,26-37)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak działo się za dni Noego, tak będzie również za dni Syna Człowieczego: jedli i pili, żenili się i za mąż wychodziły aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki; nagle przyszedł potop i wygubił wszystkich. Podobnie jak działo się za czasów Lota: jedli i pili, kupowali i sprzedawali, sadzili i budowali, lecz w dniu, kiedy Lot wyszedł z Sodomy, spadł z nieba deszcz ognia i siarki i wygubił wszystkich; tak samo będzie w dniu, kiedy Syn Człowieczy się objawi. W owym dniu kto będzie na dachu, a jego rzeczy w mieszkaniu, niech nie schodzi, by je zabrać; a kto na polu, niech również nie wraca do siebie. Przypomnijcie sobie żonę Lota. Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je. Powiadam wam: Tej nocy dwóch będzie na jednym posłaniu: jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony. Dwie będą mleć razem: jedna będzie wzięta, a druga zostawiona. Pytali Go: Gdzie, Panie? On im odpowiedział: Gdzie jest padlina, tam zgromadzą się i sępy.

Mili Moi…
Jestem już w Veronie… Wkrótce zaczynamy nasze rekolekcje, a na razie chłonę ciszę tego miejsca i karmię się życzliwością ojców salwatorianów. Rzadko spotyka się takich serdecznych braci… Naprawdę bardzo lubię tu przyjeżdżać. Fenomenem tego domu jest poczucie, które gospodarze umieją wytworzyć, a które określiłbym słowami – czekamy na ciebie… To szalenie miłe…

A przed południem odwiedziłem Matkę Cabrini… Dziś jej wspomnienie liturgiczne, a ciało tej patronki imigrantów znajduje się w jej sanktuarium na Bronxie. Tam znów doświadczyłem powszechności Kościoła i takiego przekonania, że można służyć tu i teraz, tak, jak się potrafi. Najpierw podszedł do mnie młody dominikanin prosząc o spowiedź. Odpowiedziałem, że oczywiście, jeśli tylko nie przeszkadza mu mój koślawy angielski. Stwierdził, że mu nie przeszkadza, a ja ucieszyłem się, że mogłem mu ogłosić to dotknięcie Bożej łaski, z którym Pan przychodzi w spowiedzi. Potem zaś podeszła do mnie, śliczna, czarnoskóra, młoda kobieta. Z drżącą brodą poprosiła mnie o modlitwę za swojego męża, który umiera na raka. Jego stan się pogarsza i wszystko postępuje tak szybko. Pierwsze co zrobiłem to ją przytuliłem i modliliśmy się razem… Ja tak jak umiałem… I pomyślałem sobie, że jeśli ja przeżywam w moim sercu tak głębokie wzruszenie nad tą drżącą, szlochającą w moich ramionach istotą, to o ileż bardziej musi się nad nią wzruszać nasz Ojciec w niebie… Modlę się za nich właściwie cały dzień… Takie proste spotkania pokazują mi jak bardzo potrzeba wcielać w świat Boże błogosławieństwo… Mówić o Nim… O Kochającym…

W dalszej drodze była jeszcze wizyta w księgarni katolickiej i zakup książki o pielgrzymce do Santiago de Compostella (to tak w ramach przygotowań do marszu), a potem wizyta w Clifton, u naszych braci. Oni również przyjęli mnie bardzo gościnnie i spędziliśmy razem nieco czasu… Niewykluczone, że wkrótce będę mógł tam wygłosić rekolekcje… Z jednej strony ogromna radość, wszak od tego jestem. Z drugiej niepokój – bo wizja pisania doktoratu znów się oddala…

A Słowo po raz kolejny stawia mi pytanie o mój związek z Jezusem.  W moim życiu, w zakonnym życiu powinien on być ścisły i całkowicie wyjątkowy. Z całą pewności nic innego nie może wyprzedzać Jezusa i nic nie może być dla mnie ważniejsze. I pewnie nie jest. Ale czy sama ta prawda nie staje się dla mnie banalna? Czy to przekonanie ma wciąż swoją siłę nośną w moim życiu? Czy mną wstrząsa? Bo jeśli powyższe słowa staną się sloganem, to mogę zacząć traktować Jezusa dokładnie tak, jak wiele innych sfer życia (żenili się, budowali, sprzedawali) – jako coś zupełnie zwyczajnego. Jezus wówczas stanie się jedną z wielu spraw, choć z nazwy nadal będzie najważniejszy. Co jednak różni jedną z wielu sprawa, choćby najważniejszą, od innych, którym oddane jest serce człowieka?

Czuję wyraźnie, że Jezus musi wykraczać poza to wszystko, co znaczą dla mnie sprawy tego świata. On musi dominować, musi je wszystkie ogarniać. One muszą kręcić się wokół Niego i On musi nimi zarządzać. Moje skupienie nad Nim nie może być porównywalne do skupienia nad dobrą książką, czy smaczną potrawą. On jest ponad wszystko…. Dopóki tego nie zrozumiem, będę tracił życie łudząc się, że jakoś je zyskuję. Jeśli to zrozumiem, to z pewnością nie zejdę z dachu, ani nie wrócę z pola… Bo nic ponad Jezusa… Nic…

bajka to... nie bajka...

zdj:flickr/Jeff Krause/Lic CC
(Łk 17,20-25)
Jezus zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: "Oto tu jest" albo: "tam". Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest. Do uczniów zaś rzekł: Przyjdzie czas, kiedy zapragniecie ujrzeć choćby jeden z dni Syna Człowieczego, a nie zobaczycie. Powiedzą wam: Oto tam lub: Oto tu. Nie chodźcie tam i nie biegnijcie za nimi. Bo jak błyskawica, gdy zabłyśnie, świeci od jednego krańca widnokręgu aż do drugiego, tak będzie z Synem Człowieczym w dniu Jego. Wpierw jednak musi wiele wycierpieć i być odrzuconym przez to pokolenie.

Mili Moi…
Właśnie przed chwilą ukończyłem pracę nad rekolekcjami dla kobiet, które rozpoczynamy… jutro. Czyli jak zawsze wszystko na ostatnią chwilę. Ale na pociechę powiem, że dziś zajmowałem się już tylko kwestiami technicznymi – planem dnia, drukowaniem, pakowaniem… Jestem gotów jutro rano wyruszyć. Zamierzam po drodze nawiedzić jeszcze sanktuarium Matki Cabrini, które mieści się na Bronxie, ponieważ to właśnie jutro przypada jej wspomnienie. Ale w tym roku, nauczony ubiegłorocznymi doświadczeniami, zamierzam nawiedzić ją w godzinach przedpołudniowych. Ufam, że będzie „czynne”. Chcę się przy jej relikwiach pomodlić za naszą Polonię. Wszak to patronka emigrantów.

Mój kalendarz powoli się zapełnia. Wiele spotkań kurtuazyjnych – jest ojciec nowym proboszczem, chcieliśmy, żeby ojciec z nami spędził chwilę, zobaczył nas… Grupy, indywidualni parafianie… A jak już tu siedzimy, to chciałbym ojcu powiedzieć… Sporo pomysłów. Pewnie niejeden całkiem dobry. Trudno je wszystkie podjąć w pierwszym tygodniu. Ale zbieram i przyglądam się… Dużo dobra w ludziach…

A dziś szukałem Jezusa… I poczułem po raz pierwszy co znaczy nie móc Go znaleźć. Poszukiwania dotyczyły figury Pana Jezusa ze świątecznego żłóbka, która miała posłużyć jako motyw na bożonarodzeniową kartkę. Obszedłem cały kościół, zajrzałem do każdej szczeliny (jak się później okazało, jednak nie do każdej) i w pewnej chwili poczułem się zupełnie bezradny, a ta niemoc odnalezienia Jezusa była wręcz bolesna. Tym bardziej, że czas naglił, bo za chwilę miał się w kościele odbywać pogrzeb. Jak się okazało, poszukiwania Jezusa mogą zostać zwieńczone sukcesem tylko wówczas, kiedy się spojrzy w górę. Dokładnie tak, jak w życiu. Nasza figura znalazła się w szafie wysoko ponad głowami, której ja nawet nie zauważyłem, bo mój wzrok błądził po rejonach łatwo dostępnych… Taka mała lekcja.

Może tym cenniejsza, że Jezus dziś zapewnia o obecności Królestwa pośród nas. Ale czy potrafimy je dostrzec? Czy widzimy, że ono już przyszło? Może brakuje tego spojrzenia w górę, połączonego z baczną obserwacją horyzontu. Jeśli bowiem są one rozdzielone w naszej rzeczywistości, to grozi nam albo skrajny materializm i beznadzieja (przy ujęciu jedynie horyzontalnym), albo naiwny spirytualizm i angelizm (przy ujęciu wertykalnym).

Innymi słowy trudno dostrzec Boże Królestwo bez uwzględnienia faktu, że ono łączy w sobie pierwiastek Boski i ludzki, materię i ducha. A najdoskonalszym ich połączeniem jest sam Jezus. To On jest Królestwem. To On jest pomiędzy nami. To On nieustannie przychodzi. Dlatego to szukanie Jezusa jest tak ważne. Dlatego nasz kręgosłup szyjny jest wyposażony w zdolność poruszania głową na boki oraz w górę i w dół. Może więc warto się dziś rozejrzeć – tak na nowo przyglądając się rzeczom już znanym (może także najbardziej znanemu już przecież błękitowi nieba) po to, żeby dostrzec ślady Jego obecności… A potem ruszyć z miejsca… 

Dokąd??? Zwiedzać Królestwo…  Tę rozległą, szczęśliwą krainę…

środa, 11 listopada 2015

mniej znaczy więcej...

zdj:flickr/Whatknot/Lic CC
(Łk 17,7-10)
Jezus powiedział do swoich apostołów: Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać.

Mili Moi…
Jakiś nieco spokojniejszy ten tydzień, przynajmniej u początku. Nie znaczy to, że bezrobotny. Wciąż pracuję nad ostatnią konferencją na rekolekcje dla kobiet w Veronie. Lista zmienia się bardzo dynamicznie. Ktoś się dopisuje, ktoś inny odwołuje swój przyjazd, więc nadal nie wiem ile osób ostatecznie się tam zjawi. Ale ufam, że dokładnie tyle, ile Pan zaplanował.

Poza intelektualną pracą? Wczoraj na przykład spędziłem dwie godziny i czterdzieści minut w banku na poszukiwaniu naszych pieniędzy, które ktoś, gdzieś przelał i tyle je widziano. Dzięki Bogu mamy tam życzliwą duszę, która wkłada sporo serca w nasze sprawy i ma wiele cierpliwości do systemu. Przy okazji szarpnąłem pierwszy mandat na tej ziemi. Się panu policjantowi nie spodobało moje parkowanie. Że podobno nie po tej stronie jezdni…

A Słowo mi dziś przypomina o… ubóstwie. Ale nie w wymiarze materialnym, lecz w znacznie szerszym, duchowym. Każdy z nas jest tak stworzony, że na kształt naszego życia wpływają ludzkie potrzeby, w które wyposażył nas Pan. Niektóre z nich mogą być zaspokojone, inne nie. Kiedy jest się sługą, wiele z tych potrzeb zaspokojonych nie będzie. I jak się okazuje, z niezaspokojonymi potrzebami też się da żyć. I, co więcej, można żyć twórczo i czuć się spełnionym.

Trudno nam to zrozumieć, bo większość z nas wychowała się w warstwach społecznych pozbawionych służby. Nie mieliśmy więc okazji nawet obserwować relacji sługa – pan. Tymczasem wydaje się, że jednym z istotniejszych elementów dobrego sługi jest samoograniczanie się. Nie ja jestem ważny, nie moje potrzeby, ale potrzeby mojego pana. Ooooo… To nie jest łatwe do przyjęcia dla wyemancypowanej i niezależnej jednostki ludzkiej żyjącej w XXI wieku.

Tymczasem właśnie do takiej, charyzmatycznej służby, w której zapomnienie o sobie jest ideałem, wzywa Jezus. Moja potrzeba dowartościowania, uznania, wdzięczności, akceptacji, satysfakcji, samorealizacji i wiele innych, muszą zostać podporządkowane Jemu i Jego misji. Akcenty muszą być rozłożone bardzo precyzyjnie, żeby nie było wątpliwości kto jest sługą, a kto Panem. Chodzi o zbyt ważne rzeczy, ważniejsze nawet, niż moje poczucie własnej godności, czy potrzeba szacunku. Ogołocenie musi być totalne, żeby Jezus mógł się mną posługiwać w sposób całkowicie wolny.

To domaga się ogromnej pracy nad samoograniczaniem właśnie. Im bardziej jestem w stanie złożyć ofiarę z moich uczuć, potrzeb, czy pragnień, tym bardziej wolny jestem w służbie Temu, który ukochał mnie ponad wszystko. Żadnemu innemu panu nie oddałbym się w ten sposób. Temu owszem… Co niech się stanie. Amen.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Bóg czasu...

zdj:flickr/Hartwig HKD/Lic CC
(Mk 12,38-44)
Jezus nauczając mówił do zgromadzonych: Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie.

Mili Moi…
Dobiega końca dzień uśmiechów i gratulacji. Wczoraj dotarły oficjalne listy, więc dziś mogliśmy spokojnie poinformować naszych parafian o dokonanych zmianach. Reakcja raczej pozytywna. Wiele ciepłych słów. Próbowałem sobie to wszystko układać w sercu, zachowywać, nasycać się tym, bo wiem, że ta chwila jest jedyna i niepowtarzalna. I pewnie niejeden raz będę chciał do niej wrócić. Zwłaszcza w tych trudniejszych momentach. Nie zabrakło dziś i głosów – teraz dopiero ojciec zobaczy… I pewnie tak będzie. Dopiero kiedy człowiek wchodzi w środek wydarzeń, nie może się już w żadnej sprawie trzymać z boku, musi słuchać i podejmować decyzję, dopiero wówczas „widzi”. Nie łudzę się… Od jutra zaczyna się życie na zupełnie innym poziomie trudności. Czy się boję? Owszem… Tak po ludzku. Ale jednocześnie czuję wsparcie. Wielu dobrych i życzliwych ludzi. Przede wszystkim tu, ale przecież i w Polsce. Tyle miłych komentarzy i dobrych życzeń. Czuję się niesiony… 

Dziś natomiast przeżywaliśmy niedzielę ze świętymi. Nasza polska szkoła nie zawiodła i zorganizowała coś na kształt balu świętych, ale nieco inaczej, niż w poprzednich latach. W tym roku nie była to już tylko wewnętrzna impreza szkolna, ale stała się wydarzeniem parafialnym. Dzieci poprzebierane za świętych wzięły udział we Mszy Świętej, a po niej, w sali pod kościołem, każda klasa przedstawiała krótko wybraną postać. Dzieciaki pięknie przygotowane, program dynamiczny, sporo parafian zdecydowało się przyjść. Zwieńczyliśmy to smacznym obiadem.

Byłem po tym wszystkim tak zmęczony, że… wziąłem kijaszki i wybrałem się nad morze. Spotkałem tam mojego nadmorskiego frendziaka, o którym pisałem jakiś czas temu. On również z laskami… Ledwo chodzi. Biedaczek, spadł ze schodów, pozrywał jakieś mięśnie, nie obyło się bez operacji. Ale powoli dochodzi do siebie. Śmialiśmy się, że teraz obaj z kijaszkami się przechadzamy. A po spacerze jeszcze cmentarz. Ostatni odpust. Mam nadzieję, że w tych dniach udało mi się komuś pomóc. I mam nadzieję, że kiedy nadejdzie mój czas, Pan Bóg pośle po mnie komitet powitalny z tych wyprowadzonych z czyśćca dusz… Podejrzewam, że w te dni w niebie musi być prawdziwe szaleństwo radości. Wszak dołącza do zbawionych tak wiele dusz…

Jak inaczej musi tam płynąć czas (w istocie pewnie nic takiego jak czas tam nie istnieje, ale wyobraźnia buduje inne światy z dostępnych klocków). Myślę o tym, bo dziś spotkałem wielu ubogich ludzi. Ubogich w czas właśnie. Wcale nie mówiłem dziś o pieniądzach, bo te jedni mają, inni nie. Natomiast jeśli chodzi o czas, to wszyscy jesteśmy prawdziwymi biedakami, choć paradoksalnie mamy go wszyscy dokładnie tyle samo – 168 godzin w tygodniu, 10 080 minut, 604 800 sekund. Ale co my z tym czasem robimy? I ile z tych cennych minut decydujemy się ofiarować Bogu?

Tu chyba kolejny paradoks, bo bilans jest raczej kiepski. A przecież to właśnie z Jego ręki ten czas mamy. Trwonimy go mnóstwo, a tę maleńką resztkę, która nam zostaje dusimy zazdrośnie w dłoniach, łudząc się nadzieją, że jakoś uda nam się go pomnożyć… I tu wchodzą na scenę obie dzisiejsze wdowy. Jedna ofiarowuje ostatnią garść nadziei wraz z ostatnią garścią mąki, druga – dwa maleńkie pieniążki. To wielka odwaga, która jednakowoż nie jest niczym innym, jak przyzwoleniem na to, żeby Bóg był… Bogiem. On może zatroszczyć się o wszystko. On może pomnożyć najnędzniejszy okruch. On może „rozciągnąć” czas… Ale pozwolić musisz Ty… Otwórz dłoń...

Być biedakiem w Bogu to znacznie więcej, niż być bogaczem w swoich własnych wyobrażeniach… Goniąc i nigdy nie osiągając...

sobota, 7 listopada 2015

nowy patron...


9 Ja też wam powiadam: Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy [wszystko] się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. 10 Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. 11 Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? 12 Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? 13 Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie".14 Słuchali tego wszystkiego chciwi na grosz faryzeusze i podrwiwali sobie z Niego. 15 Powiedział więc do nich: "To wy właśnie wobec ludzi udajecie sprawiedliwych, ale Bóg zna wasze serca. To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych. Łk 16,9-15

Mili Moi…
Nie nadążam ostatnio z zaglądaniem tutaj, a zanosi się na to, że będzie jeszcze gorzej… Uprzejmie donoszę, że… Od 1 listopada jestem proboszczem naszej parafii w Bridgeport. Nie mogę napisać, że wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, bo ta operacja była przygotowywana od dawna. Ale dowiedziałem się o wszystkim w iście amerykańskim stylu. Otóż wczoraj zadzwonił do mnie jeden z księży polskich z gratulacjami. Nie wiedziałem za bardzo o co chodzi i wówczas dowiedziałem się, że wiadomość o mojej nominacji została podana wszystkim w mailu diecezjalnym (którego pewnie jeszcze długo bym nie otworzył). Nominacja sprzed tygodnia, a do mnie oficjalny list nadszedł dziś… Kraj jest duży… Wiadomości idą wolno… Nie narzekam jednak… Dobrze, że w ogóle się dowiedziałem… :)

Jak się czuję??? Dociera powolutku do mnie co to wszystko znaczy… Oczywiście pomijam znacznie większą ilość obowiązków, włącznie z milionem spotkań, w których amerykańscy księża się lubują (każde rzecz jasna połączone z jakimś jedzeniem :)), a których do tej pory skutecznie unikałem. Ale powoli pojmuję też ogrom odpowiedzialności. Jeśli święty Jan Maria Vianney uciekał trzykrotnie ze swojego probostwa właśnie z powodu tej odpowiedzialności, to ja pewnie i tak pojmuję zaledwie maleńki procent tego, co przede mną…

Zdaję sobie też sprawę, że decyzje, które niejednokrotnie trzeba będzie podejmować, mogą zweryfikować niektóre przyjaźnie, albo zrazić tych, którzy woleliby, żeby się nic nie działo i żeby niczego od nikogo nie wymagać. Wiem też, że nie uda mi się zadowolić wszystkich. I błogosławię Pana, że w naszym zakonie ten urząd jest kadencyjny. Czyli za jakiś czas moi parafianie będą mogli odetchnąć z ulgą… :) Ale na razie spróbujemy…. Zrobić coś dobrego dla naszej parafii. I ufam, że spróbujemy wspólnie, a Pan Bóg nam pobłogosławi… Mam nadzieję, że moi parafianie, podobnie jak moi przełożeni, dadzą mi szansę… :)

A poza ważnymi nominacjami stałem się w ostatnim czasie wytrwałym łowca odpustów. Chyba jeszcze nigdy nie czyniłem tego tak gorliwie, jak w tym roku. Myślę tu o odpustach za nawiedzenie cmentarza w pierwszych ośmiu dniach listopada. Jadę codziennie, modlę się, spaceruję… Zatrzymuję się zwłaszcza przy polskich nazwiskach, których jest ogromnie dużo. Tak sobie pomyślałem, że za jakiś czas pewnie ja będę potrzebował takiej posługi licząc na nią w czyśćcowym oczekiwaniu na zbawienie. A kosztuje to tak niewiele. Dlatego z dużym zaangażowaniem do tematu podszedłem. A Was wszystkich proszę, zróbcie to również. Jeszcze jutro ów odpust zyskać można.

A dziś nad Słowem dałem sobie czas na ocenę stopnia przynależności. Dwa światy bowiem o mnie konkurują. O Was także. Ten materialny, w którym wszyscy jesteśmy zanurzeni, a który chce nas zniewolić. I ten duchowy, który ma większe trudności z „przebiciem się”, a który chce nas nauczyć wolności. Ilekroć ulegamy presji tego pierwszego, tylekroć jesteśmy wielkimi przegranymi. Bo inwestujemy w coś, co się nie zachowa na wieczność, przeminie, czego nie zabierzemy ze sobą na spotkanie z Panem twarzą w twarz. Inwestycje duchowe uczą nas przebywania z Nim. A czy nie o to chodzić będzie w wieczności?

Rzecz jasna całkiem się z materii nie wyzwolimy. Choć wielu świętych pokazało, że można się radykalnie od niej uwolnić. Choćby nasz święty Franciszek, który zakazał braciom korzystania z pieniędzy i był w tym zakazie niesłychanie konsekwentny. Jeśli nie można wyzwolić się całkiem, to warto przynajmniej zadbać o taki poziom wolności, który będzie całkiem jasno przypominał nam, gdzie ma przebywać nasze serce. Bo jak mówi Pan – tam skarb twój, gdzie serce twoje…