niedziela, 15 stycznia 2023

Akwizgran, czy Aachen?

zdj. za https://womenofpoland.pl/2019/01/akwizgran-sredniowieczna-stolica-europy/

(J 1, 29-34)
Jan zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa i rzekł: "Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: „Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie”. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi". Jan dał takie świadectwo: "Ujrzałem ducha, który zstępował z nieba jak gołębica i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: „Ten, nad którym ujrzysz ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym”. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym".

 

Mili Moi…
A zatem pierwsza w tym roku misja… Tym razem Księża Chrystusowcy w Bochum. Ale najpierw pomoc w niedzielę w Polskiej Misji w Aachen. Pierwsze zaskoczenie to fakt, że Aachen to to samo, co Akwizgran. Człek żyje na tym świecie już długo, a ciągle dostrzega swoje braki. Doleciałem sobie bezpiecznie do Eindhoven w Holandii, a stamtąd odebrał mnie ksiądz Sebastian. W strugach deszczu dotarliśmy do domu, a potem oglądaliśmy miasto. Piękna katedra (na zdjęciu powyżej) z relikwiami, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Co siedem lat są wystawiane na widok publiczny – w tym roku, w czerwcu znowu to nastąpi. Są to pieluszki Pana Jezusa (sic!), opaska biodrowa z Jego męki krzyżowej, suknia Matki Bożej i chusta, w którą owinięto głowę św. Jana Chrzciciela po jego ścięciu.

Obserwacje generalne? Piękno historii miesza się tu z brzydotą współczesności. Zwrot „brzydki jak niemiecki Pan Jezus” ma w sobie wiele z prawdy. Kilka takich współczesnych miejsc kultu miałem okazję zobaczyć – zieją pustką, która raczej zasmuca. Podobnie jak profanacje w stylu „miejskiego kościoła”, który jest właściwie salą spotkań, koncertów, zbliżania ludzi do siebie – zwłaszcza oczywiście tych, których dziś trzeba na siłę zbliżać ze wszystkimi, czy owi "wszyscy" tego chcą czy nie chcą. Na wielu kościołach tęczowe flagi i podkreślana na każdym kroku otwartość na wszystkich i na wszystko. Nie ma wprawdzie słowa o otwartości na hutników, hodowców cieląt, czy ludzi z małymi uszami, ale o homoseksualistach trzeba mówić glośno. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby Kościół, jak to czynił zawsze, przyjmował grzesznika, jako grzesznika, a nie jak bohatera i wzór do naśladowania. To się z pewnością skończy źle i Pan nam wkrótce pokaże, co o naszych, czysto ludzkich i bardziej światowych niż ewangelicznych pomysłach myśli. Jestem tego pewien…

Praca duszpasterska wśród Polonii tutaj? Misja… Wynajęte kościoły (za możliwość ich używania trzeba płacić), proboszcz mieszkający zwyczajnie w mieszkaniu, w bloku, brak jakiejkolwiek salki na spotkanie z grupą. Kreatywność i zaradność prawie tak samo mile widziane, jak w buszu. A jeśli ktoś mówi sobie w tej chwili – no tak, ale to Niemcy, kasa pewnie leży na ulicy – to jest dość odległy od prawdy… W życiu nie chciałbym tu mieszkać i pracować, ale doświadczenie wizyty każdorazowo przydaje nowych doświadczeń.

To, co mi się podoba, to klasyczne zachowania diaspory… Innymi słowy chyba jednak nieco większa integracja niż w Polsce. Dziś na przykład jasełka. Widać, że ludzie na to czekają, cieszą się tym – i nie tylko aktorzy. Po Mszy długie rozmowy. No i spowiedzi… Znana zasada – ksiądz z daleka zawsze lepszy niż codzienny. Weźmie grzechy i wysypie gdzieś z samolotu. A przede wszystkim nie będzie codziennie zaglądał w oczy…

A w Słowie znów Jan Chrzciciel. Z jakim przekonaniem mówi o Jezusie. W medytacji nad tą Ewangelią poczułem rzeczywiście wielki przypływ gorliwości. Dał mi Pan szansę robienia podobnych rzeczy. Świadectwo. Czytam właśnie książkę „Księża, jakich potrzebujemy dla ocalenia Kościoła”. Pisze ją świecki Amerykanin, ale z wielką pokorą i miłością. Jedno brzmi tam niesłychanie mocno – gorliwych i ofiarnych księży nam potrzeba. Tylko tacy mogą dźwignąć nasza wspólnotę z kryzysu. Wierze, że ich nie brakuje. Sam chciałbym być jednym z nich. Wczoraj tak bardzo usłyszałem Psalm 119, którym modliliśmy się w Modlitwie w ciągu dnia – Nakłoń moje serce do Twoich napomnień, a nie do zysku. Czymkolwiek ten zysk miałby być… Obym nie myślał o sobie, ale wyłącznie o Tobie. Stań się jedyną treścią mojego życia. Amen.

piątek, 6 stycznia 2023

kto nie jest ze Mną...


(Mt 2,1-12)
Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: „Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon”. Skoro usłyszał to król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: „W Betlejem judzkim, bo tak napisał prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela”. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: „Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon”. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do ojczyzny.

 

Mili Moi…
Objawienie Pańskie… Bardzo lubię ten dzień. Głównie dlatego, że w naszym Zakonie to dzień losowania patronów na cały rok i sentencji, która ma nas jakoś prowadzić przez najbliższe dwanaście miesięcy. Swoja misję opieki nade mną zakończył wybitny mistrz słowa, święty Ambroży. Obiecywałem sobie rok temu, że postaram się coś przeczytać z jego pism. Ale niestety, jak w wielu innych kwestiach, na obietnicach się skończyło. Muszę wyznać szczerze, że teksty Ojców Kościoła nigdy jakoś do mnie nie przemawiały. Próbowałem je czytać, przedzierając się przez właściwy epoce styl, ale zawsze szło mi kiepsko. Może to dodatkowy powód, dla którego nie sięgnąłem po Ambrożego. W tym roku zaś patronował mi będzie błogosławiony ksiądz Michał Sopoćko, zaś myśl roku to – Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie, a kto nie gromadzi ze Mną, rozprasza (Łk 11,23).

Ucieszyłem się bardzo, że mogę uczestniczyć w błogosławieniu naszych, zakonnych cel i w losowaniu patronów, bo rok temu niestety nie było mnie w domu. W tym roku też zawdzięczam to tylko odwołanym rekolekcjom u sióstr Franciszkanek. Gdyby nie to, byłbym teraz w Poznaniu. Tymczasem wczoraj wróciłem z Niepokalanowa, gdzie przez dwa dni nagrywaliśmy z Maciejem nasze audycje. Przemokliśmy tym razem spacerując po Warszawie, ale nasze cokilkutygodniowe spotkanie jest tego warte. Dziś przygotowuję się do jutrzejszej Pierwszej Soboty, zamierzam sięgnąć do pierwszego maryjnego dogmatu, mówiącego o tym, że Maryja jest Matką Boga. Wszak z niego wypływa wszystko, co później powiedziano i napisano o Maryi. A od jutra chyba czas powoli zasiadać nad internetowymi rekolekcjami wielkopostnymi. Albo nad lutowymi rekolekcjami dla sióstr Misjonarek dla Polonii Zagranicznej. Albo nad maryjnymi misjami parafialnymi przed nawiedzeniem Ikony Jasnogórskiej w Archidiecezji Gnieźnieńskiej. Wybór jest tak szeroki, że aż przerażający.

A dziś myślałem o czteromiesięcznym marszu Mędrców do Betlejem. Ileż w nich było wytrwałości i determinacji. Przecież niejeden raz musieli się zastanawiać – po co? Ani nie chodziło o Boga w ich rozumieniu, ani niczego po owym królu się nie spodziewali. Przeciwnie, to raczej oni zamierzali go obdarować. Gdzie tkwi tajemnica ich motywacji? Być może to spojrzenie w górę i w głąb. Patrzyli na nadzwyczajne zjawisko astronomiczne i zaglądali do ksiąg. Szukali prawdy. Ona była motywująca. Paradoksalnie Herod miał te same dane. O gwieździe powiedzieli mu sami Mędrcy, do ksiąg zajrzeli za niego uczeni w Piśmie. A jednak on nigdzie nie wyruszył. Zamiast w górę i w głąb, zaczął z niepokojem rozglądać się wokół. Bał się stracić i nigdy nie zyskał.

Początek roku to czas remanentów w sklepach. Może warto rzucić okiem na swoje życie w podobnym kluczu. Zważyć i zmierzyć – poziom obecności Boga i Jego wpływ na codzienność. Ale tak naprawdę, realnie, bez zaklinania rzeczywistości i bez nadmiernie optymistycznych założeń. Bo może na mapie naszego życia od dawna idziemy sami, a Pan został gdzieś daleko z tyłu. Być może na jakimś etapie przestało nam zależeć na Nim, a zaczęło na (i tu należy podstawić odkryte przez siebie substytuty Boga). A gdyby trzeba było wrócić, to na zachętę zamieszczam Wam wiersz Karola Huberta Rostworowskiego, pisarza z przełomu wieków XIX i XX. Urzekł mnie dziś. Niestety nie znalazłem go w innej formie, więc skany poniżej…





środa, 28 grudnia 2022

kocyk i...


(Mt 2,13-18)
Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić”. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: „Z Egiptu wezwałem Syna mego”. Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma”.

 

Mili Moi…
Święta, święta i… baba z wozu, koniom lżej – jak to mawiają. Mam nadzieję, że u Was też było pięknie. My, jak zawsze, świętowaliśmy we wspólnocie. Wigilia jest zwykle dość krótka, żeby umożliwić naszym kucharzom świętowanie w ich własnych rodzinach. Ale najbardziej radośnie jest zawsze po Pasterce. Spać idziemy nad ranem. Dla mnie to oczywiście jakieś szaleństwo. W nocy wytrwałem bez problemu. Problemy są zwykle dnia następnego. A ten dla nas przecież raczej dość pracowity. Ale mimo wszystko było pięknie i jak mawiają – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Odpoczywam, ile wlezie… Kocyk, książka. Choć mijający rok jest raczej rozczarowujący pod tym względem. Przeczytałem ich tylko dwadzieścia osiem. Miewałem nawet dłuższe chwile „wstrętu do słowa drukowanego”. A półki coraz bardziej się uginają. Jakiś czas temu zainwestowałem w czytnik elektroniczny. Nie wiem czy zdołam się przestawić. Próbuję. Na razie trochę na literaturze anglojęzycznej, bo w Polsce jednak e-booki, zwłaszcza w dziale „religijne” nie są tak szeroko dostępne jak bym chciał. Ale przyznam szczerze, że dla mnie zapach, waga książki, faktura papieru – to prawdziwy smak czytania.

A w tym odpoczynku myślę już o przyszłości. Pierwszy tydzień stycznia mam bowiem zakończyć krótkimi rekolekcjami o Gedeonie. Ale każdorazowa próba zabrania się za pracę, kończy się na razie… zdecydowanie czym innym. Przyjdzie mi się chyba kajdankami przykuć do biurka i zadawszy sobie gwałt spisać to, co już gdzieś w głowie i sercu dojrzewa. Ale to może jeszcze nie dziś… Dziś jeszcze chwila relaksu.

A w Słowie, musze przyznać, przemówił do mnie dziś pewnie obiektywnie mało znaczący fragment, a właściwie krótkie słowa anioła – pozostań tam, aż ci powiem. To znów musiało być jakieś wyzwanie dla Józefa. Wszak wszystko byłoby prostsze, gdyby usłyszał – za rok i trzy miesiące będziecie z powrotem. Można by to wszystko jakoś zaplanować, w odpowiednim czasie się przygotować na powrót. Tymczasem oto kolejna lekcja zaufania. Bóg was poprowadzi, On wskaże właściwą chwilę.

W moim życiu za osiemnaście miesięcy nastąpią zmiany. Kończy się wówczas czteroletnia kadencja, w której powierzono mi takie, a nie inne obowiązki. Nie wiem oczywiście jakie to będą zmiany. Dziś tego nie sposób przewidzieć. Ale pewnie jakieś będą. A ja bardzo lubię zmiany. Za to mało mam w sobie cierpliwości. I im bliżej zmian, tym więcej we mnie swoistej ekscytacji i zaintrygowania. A dziś słyszę wyraźnie – zostań tu, aż ci powiem. Nie wybiegaj w przyszłość. Nie planuj zbyt wiele. Żyj teraz. Żyj tutaj. Ja już wiem co dla ciebie przygotowałem – zdaje się mówić Pan. A to twoje cierpliwe trwanie ma swój sens i znaczenie, nawet jeśli teraz go nie rozpoznajesz.

I głowa to wszystko rozumie… Ale serduszko… Ono wciąż powtarza, że osiemnaście miesięcy i…

sobota, 24 grudnia 2022

puste pole...


Zachariasz, ojciec Jana, został napełniony Duchem Świętym i zaczął prorokować, mówiąc:

«Błogosławiony Pan, Bóg Izraela,
bo lud swój nawiedził i wyzwolił,
i wzbudził dla nas moc zbawczą
w domu swego sługi, Dawida:

Jak zapowiedział od dawna
przez usta swych świętych proroków,
że nas wybawi od naszych nieprzyjaciół
i z ręki wszystkich, którzy nas nienawidzą;
Że naszym ojcom okaże miłosierdzie
i wspomni na swe święte przymierze –
na przysięgę, którą złożył
ojcu naszemu, Abrahamowi.

Da nam, że z mocy nieprzyjaciół wyrwani,
służyć Mu będziemy bez trwogi,
w pobożności i sprawiedliwości przed Nim
po wszystkie dni nasze.

A ty, dziecię, zwać się będziesz
prorokiem Najwyższego,
gdyż pójdziesz przed Panem przygotować Mu drogi;
Jego ludowi dasz poznać zbawienie
przez odpuszczenie grzechów,

dzięki serdecznej litości naszego Boga,
z jaką nas nawiedzi z wysoka Wschodzące Słońce,
by oświecić tych,
co w mroku i cieniu śmierci mieszkają,
aby nasze kroki skierować na drogę pokoju». Łk 1, 67-79

 

Mili Moi…
Uroczy czas w Kołobrzegu dobiegł końca. W środę w nocy wróciłem do domu i wpadłem w wir przedświątecznych przygotowań. Sprzątanie w tym czasie nie omija nikogo. A u nas dodatkowo dyżury w konfesjonale, zwyczajna działalność duszpasterska, przygotowywanie kazań na święta i mnóstwo innych rzeczy. W każdym razie nie ma nudy. Ze mnie powoli schodzi powietrze. Bo choć jestem przyzwyczajony do tych nieustannych podroży, to emocjonalnie każdy taki wyjazd i rekolekcyjne zmagania kosztują mnie bardzo dużo. Duchowo pewnie też, bo trudno się spodziewać, że demon będzie się tej działalności spokojnie przyglądał. Teraz więc zaczynam odczuwać skutki tego zmęczenia. Pojawił się taki stan, że najchętniej siedziałbym w fotelu i patrzył w ścianę przede mną słuchając cichutkiej, relaksacyjnej muzyki. Na to jednak pozwolić sobie nie mogę. I może to i dobrze… Poziom przysłowiowej „chandry” mógłby osiągnąć niepokojące rozmiary…

Dzisiejsze Słowo również skontrastowało się z moim obecnym stanem ducha. Kiedy Zachariasz cieszy się z narodzin Jana i przepowiada mu niezwykłą misję, ja moje rozmyślanie spędziłem raczej z Janem w więzieniu, który pod koniec swojego życia próbuje je jakoś zbilansować. Nie wiem wprawdzie ile życia przede mną, ale też jestem na etapie jakiegoś bilansu i przyznam szczerze, doświadczam swoistego zniechęcenia. Może i Jan miał podobnie…

Dochodzę do wniosku, że podejmuję ogromny wysiłek, którego owoców nie widzę. Oczywiście wierzę, że jakieś są, bo inaczej nie ruszałbym się z fotela. Ale takich kapłanów, jak ja są przecież tysiące, i są o niebo gorliwsi ode mnie, a zamiast rosnąć, liczba obecnych w kościele wciąż spada. Zdałem sobie dziś sprawę, że nie jestem mentalnie przygotowany na te pustoszejące kościoły, choć zdaję sobie sprawę, że znikają z nich najczęściej ci, których wiara ograniczała się do jednej godziny w tygodniu w nich spędzonej. W naszym kraju bowiem synonimem wiary jest chodzenie do kościoła. Kiedy ono zanika, znak, że wiara słabnie. Tymczasem ten proces zwykle zaczyna się zupełnie gdzie indziej, a z chodzeniem do kościoła ludzie żegnają się raczej u jego kresu. Niemniej najsmutniej jest wówczas, kiedy ludzie dokonują swoistej volty w bardzo krótkim czasie i z ludzi gorliwych stają się ludźmi zimnego serca. A takich znam coraz więcej. A ile przy tym rozsądnych wytłumaczeń… Cóż więc kryło się w tych sercach? Jaki był fundament?

Nie tak dawno pewna para młodych lekarzy, która znam i o której mówiono zawsze, że „chodzą do kościoła”, a nawet, że „żadnej niedzielnej mszy nie opuszczają”, „a już on, to zwłaszcza” (sic! – to już przejaw superhiper gorliwej wiary w naszym kraju), nagle, o zgrozo, nie tylko przestali do kościoła chodzić, ale dziecka chrzcić nie chcą. Bo przecież samo sobie wybierze kiedyś. Potrzeba było tylko zmiany towarzystwa, na takie „bardziej nowoczesne”. I „chodzenie do kościoła” można między bajki włożyć…

Pójdziesz przed Panem przygotować Mu drogi… No idę Panie. Na moją miarę, według moich możliwości. I Ty, jak wierzę, idziesz za mną. A za Tobą coraz mniej ludzi… Czy tak czuli się właśnie Apostołowie, kiedy pola przed nimi pustoszały? Kiedy Jezus wypowiadał najtrudniejsze ze swoich oczekiwań i nie zamierzał ani o krok od nich odstąpić? Czy jestem gotów w Niego wierzyć i nadal przygotowywać Mu drogę nawet wówczas, gdybym został ostatnim wierzącym człowiekiem na tej ziemi (dzięki Bogu na razie jest tych wierzących wciąż wielu i to o wierze takiej, której ja mógłbym się tylko od nich uczyć)? Czasem opadam z sił – także tych duchowych.

I nie potrzebuje kogoś, kto mnie przekona… Raczej kogoś, kto mnie w tej słabości choć kawałek poniesie…

Na te Święta zaś, niech Jezus obdarzy Was najcudniejszym swoim, niemowlęcym uśmiechem…

wtorek, 20 grudnia 2022

spokoju...


(Łk 1, 26-38)
Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”. Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”. Na to rzekła Maryja: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!” Wtedy odszedł od Niej anioł.

 

Mili Moi…
Od niedzieli głoszę ostatnie, adwentowe rekolekcje w Bazylice Mariackiej w Kołobrzegu. Cudowne miejsce, wielki kościół, bardzo liczna parafia, a do tego mnóstwo kuracjuszy i turystów. Sporo ludzi w kościele. No, może poza dniem wczorajszym. Lekkim popołudniem spadł deszcz, który natychmiast zamarzł w kontakcie z ziemią powodując jedno wielkie, miejskie lodowisko. Właśnie wracałem ze spaceru nad morzem i z trwogą patrzyłem zwłaszcza na ludzi sędziwych, którzy wracając z zakupów, próbowali w jakiś sposób dotrzeć do domów. Dla nikogo z nas nie było to łatwe. Nie zdziwiłem się więc, że w kościele wieczorem było naprawdę mało ludzi, a ci, którzy przyszli, głównie młodsi, byli dla mnie prawdziwymi bohaterami. Nawet jedna z miejscowych sióstr zakonnych, wracając po pracy w kancelarii, upadła i złamała rękę. No prawdziwy zimowy Armagedon.

Ale głosi się cudownie. Księża serdeczni i gościnni. Niemniej ja już troszkę przebieram nogami. W końcu za kilka dni święta i zdecydowanie wolałbym już być w domu, któremu jeszcze zdecydowanie daleko do świątecznej atmosfery. Czekaja mnie spore porządki, a świąteczne dni musze wykorzystać na intelektualny wysiłek, bo rekolekcji po nowym roku przede mną moc. Wrócę więc chyba jutro w nocy, żeby móc obudzić się już we własnym łóżku i przystąpić do dzieła.

A Zwiastowanie to jest ten moment, nad którym często rozmyślam… Nie bój się – to ważne słowa, które sam chciałbym usłyszeć. Jest bowiem we mnie sporo niepokoju, który dotyczy przyszłości. Sądzę, że jest to związane wciąż ze wspominaną już przeze mnie „połową życia”. Zamiast je przeżywać tu i teraz, wybiegam myślą w przyszłość i zastanawiam się w jakim kierunku mój Pan zechce mnie poprowadzić. Nigdy wcześniej tak nie miałem i może to właśnie jest źródłem mojego niepokoju. Nie bardzo bowiem potrafię się odnaleźć w takiej sytuacji. I choć używam wszelkich sił do wzbudzenia w sobie maksymalnego zaufania wobec Boga, to jednak w głowie tli się cały czas mały płomyk pod tytułem – żeby nie zmarnować tego czasu, który jeszcze jest mi dany, który mi jeszcze pozostał.

A Maryja, która miała wszelkie podstawy do przeżywanie głębokiego niepokoju czy wręcz lęku, z zaufaniem mówi Bogu „tak”, deklarując, że pozwoli Mu się poprowadzić tam, gdzie On zechce. Jest skłonna dostosować swoje plany i marzenia do jego planów. Jest przekonana, że tak będzie lepiej. I choć w głębi serca odczuwam dokładnie to samo, to jednak „moje” wciąż chyba jest ważniejsze niż „Boże”. Wydaje mi się, że mam kilka świetnych pomysłów na przyszłość, choć wobec żadnego z nich nie mam pewności czy jest to również pomysł samego Boga. Nie pozostaje mi więc nic innego jak czekać, a tego też baaaardzo nie lubię.

Dlatego na razie ograniczę się tylko do jednego marzenia… Wróciwszy do domu, w Boże Narodzenie, usiąść na dłuższą chwilę przy żłóbku i zaczerpnąć pokoju z tych chwil przebywania z Matką Słowa, Józefem i Najświętszym Dawca Pokoju. Czego i Wam z serca życzę…

niedziela, 11 grudnia 2022

w więzieniu...


(Mt 11,2-11)
Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”. Jezus im odpowiedział: „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: „Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on”.

 

Mili Moi…
Powoli dobiegają końca kolejne adwentowe rekolekcje. Tym razem w Nysie. Z jednej strony cudowny czas – słuchaczy wielu, ich odpowiedź zaskakująca (w Gościcinie i Nysie przyjąłem do Rycerstwa niemal 600 osób). Z drugiej – czas moich trudności. Organizm chyba nieco się buntuje. Cukry poszalały i poszybowały wysoko. W konsekwencji, jak mawia jeden z moich przyjaciół, czuje się jak „spruty wór”. Jestem bardzo słaby, nie mam sił ręką i nogą czasem ruszyć. A dziś trzeba było sześć razy wyjść na ambonę. Z nadzieją myślę o jutrzejszym powrocie do domu, gdzie kilka dni odpoczynku na mnie czeka. Ale czy rzeczywiście odpoczynek? Jest tyle spraw, które się kumulują i tylko w takich chwilach mogę je zrealizować… No ale. Koniec użalania się nad sobą. Przede mną jeszcze intensywne rekolekcje w Kołobrzegu. Ale to za tydzień. Dziś jeszcze o nich nie myślę.

Dziś myślę o Janie Chrzcicielu, który ma swoje słabe momenty… A szerzej – o bohaterach biblijnych, którzy nie są herosami, ale prawdziwymi ludźmi. Wątpią, zmagają się, cierpią, płaczą, poszukują. Bardzo blisko mi dziś do nich. Do Jana, który bilansuje swoje życie i chciałby mieć pewność, że go nie przegrał. To chyba największe moje pragnienie – nie przegrać życia, zrobić wszystko, co dla mnie Bóg zaplanował, zrobić wszystko, co zrobić można. I choć, podobnie jak Jan, mam poczucie, że przygotowuję ścieżki Panu, to jak on, miewam chwile, w których myślę sobie – czy aby na pewno? Czy nie można więcej? Czy ja nie mógłbym bardziej? Często przychodzi uspokojenie z Bożej strony. Ale nie zawsze. Czasem z takimi myślami zmagam się długo. I dziś w zasadzie dziękuję za Jana i za jego wątpliwości, jego pytania, jego zmaganie. Bo choć usłyszał głos Pana, to tak naprawdę jego poszukiwania skończą się w śmierci. Tam czekają wszystkie odpowiedzi. Ufam, że na mnie też…

poniedziałek, 5 grudnia 2022

wodospad łaski...


(Łk 5,17-26)
Pewnego dnia, gdy Jezus nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać. Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. Nie mogąc z powodu tłumu w żaden sposób przynieść go, wyszli na płaski dach i przez powałę spuścili go wraz z łożem w sam środek przed Jezusa. On widząc ich wiarę, rzekł: „Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy”. Na to uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli się zastanawiać i mówić: „Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga?” Lecz Jezus przejrzał ich myśli i rzekł do nich: „Co za myśli nurtują w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: "Odpuszczają ci się twoje grzechy", czy powiedzieć: "Wstań i chodź?" Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów” — rzekł do sparaliżowanego: „Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu”. I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga. Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: „Przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj”.

 

Mili Moi…
Wczoraj osiągnąłem pełnoletność zakonną. Minęło dokładnie osiemnaście lat od dnia złożenia przeze mnie profesji uroczystej, czyli zobowiązania na całe życie, że będę żył w posłuszeństwie, w ubóstwie i w czystości, kierując się w tym życiu dokumentami i tradycją Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych. Oceniam ten czas raczej surowo. Wiele mi brakuje do ideału i niedoskonałości ogrom znam. Ale błogosławię Pana za jedną rzecz – nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło opuści tej rodziny zakonnej i szukać swojej drogi gdziekolwiek indziej. Czasem jestem zmęczony moją rodzina, czasem jej nie rozumiem, czasem się na nią złoszczę, ale z nieodmienną radością wracam do domu, do mojej wspólnoty i na razie z pewnością nie żyję marzeniami o innej.

W minionym tygodniu zakończyłem rekolekcje w naszej, franciszkańskiej parafii w Ostródzie, gdzie ponad pięćdziesiąt osób przyjąłem do Rycerstwa Niepokalanej. Czwartek i piątek to Radio Niepokalanów i nagrania kolejnych audycji. A sobota, to nauczanie i nabożeństwo pierwszosobotnie u nas w Gdyni, a pod wieczór wyprawa do Gościcina, nie daleko, pod Wejherowo, aby tu w niedzielę rozpocząć kolejne rekolekcje adwentowe w tym sezonie. Nie pierwszy raz już tu jestem. Jedenaście lat temu miałem już okazje przemawiać do tych życzliwych ludzi. Tym razem również ich mam zamiar zaprosić do oddania swojego życia Maryi. A we wspomnianej Ostródzie domknąłem Wielki Post – to znaczy przyjąłem rekolekcje na ostatnią, wolną jeszcze niedzielę – będzie to parafia św. o. Pio w tym mieście. Więcej możliwości nie ma – obym podołał tym zobowiązaniom.

Ten tydzień będzie dość trudny. Głównie dlatego, że w Gościcinie kończę w środę Mszą Świętą o 19.00, a w czwartek rozpoczynam o 10.00 rekolekcje w Nysie. Noc w aucie zatem i pewnie dłuższa chwila dochodzenia do siebie. Czy to już nie za duże harce jak na mój wiek i stan? Przekonam się wkrótce. Niemniej czuję się bardzo zmęczony i pewnie odpoczynku trochę mi trzeba… Święta specjalnie wypoczynkowe dla księży nie są, więc nie będzie słodkiego nieróbstwa. Ale ważne, że w domu. Swój pokój, swój fotel, swoja łazienka. Jakie to małe radości, a jakie ważne…

Pomyślałem dziś sobie, jak słabo wyczuwam dramatyzm grzechu. Podejrzewam, że dla mnie, jak dla wielu słuchaczy dzisiejszego słowa, to fizyczne uzdrowienie ma jednak jakie większe znaczenie, niż duchowe wskrzeszenie tego człowieka. Może dzieje się tak, ponieważ grzesznej kondycji nie widać, a przynajmniej nie jest ona tak oczywista, jak fizyczne kalectwo. Co więcej, o ile swojej niesprawności dziś ludzie nie próbują już ukryć za wszelką cenę, to grzech jednak wciąż trzymamy pod kluczem, głęboko ukryty w naszym sercu. I bardzo często dopiero jakaś bolesna konfrontacją z prawdą o nas samych, która często płynie ze świata zewnętrznego, sprawia, że prawda o naszej grzeszności wylewa się na zewnątrz, czasem w sposób zupełnie niekontrolowany. Czy to wszystko nie mogłoby dziać się sprawniej? A może jednak trzeba do prawdy o swoim grzechu dojrzeć, może trzeba zostać „sprowadzonym do parteru”. Nie wiem… Jedno wiem, że chciałbym jeszcze tu, na ziemi poznać jak wiele mi Bóg przebaczył, bo ten, komu wiele przebaczono, wiele miłuje. A ta miłość ku Niemu jest przecież niczym zawias, na którym musi zawisnąć wszystko, co robię i  co jeszcze zrobić powinienem.