sobota, 23 lipca 2022

wola Boża...


(J 15, 1-8)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony, jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją i wrzuca do ognia i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami”.

 

Mili Moi…
Kiedy wylatywałem z Dublina było 13 stopni Celsjusza… Gdy wylądowałem w Rzymie było ich 37. Tu naprawdę jest lato… Dostałem się pod gościnny dach naszej Kurii Generalnej, gdzie mój współbrat z roku, a zarazem serdeczny przyjaciel, Tomek, pełni urząd Sekretarza Generalnego. Mam swój mały, klimatyzowany pokoik i zasadniczo zajmuję się łażeniem po mieście. Mógłbym dodać, że właściwie bez celu, czyi tak, jak najbardziej lubię…

Ludzi jest mrowie. Temperatury ekstremalne. Jedzenie i picie fantastyczne. Czego chcieć więcej od wakacji w Rzymie? Dziś odwiedziłem moją serdeczną Przyjaciółkę, Służebnicę Bożą, Antoniettę Meo. Spóźniłem się nieco na jej rocznicę śmierci, która była 3 lipca, ale mimo wszystko posiedzieliśmy w serdecznej ciszy. Na pewno nie była to moja ostatnia wizyta u niej…

Ale oczywiście wydarzyło się coś znów dla mnie zaskakującego… W Bazylice św. Jana na Lateranie podeszła do mnie urocza młoda kobieta z pytaniem – czy brat to ten z You Tuba, co głosi rekolekcje? Bo my całą rodziną słuchamy i… No i tu zaczęły się serdeczne i miłe słowa zwieńczone prośbą o wspólne zdjęcie… Ja się wciąż nie mogę do tego przyzwyczaić… I nie chciałbym się chyba przyzwyczajać, bo to jest wciąż uroczo zaskakujące. Tym razem miejsce docierania naszych filmików to Szkocja. Serdeczności dla wszystkich, którzy nas tam (i gdziekolwiek indziej) oglądają.

A dziś pomyślałem sobie, że bez Jezusa naprawdę nic nie mogę, a z Nim… całkiem sporo. Ten wyjazd upływa mi pod hasłem „woli Bożej” w najlepszym tego słowa znaczeniu. Modle się, żebym potrafił ją pełnić i żeby Pan przekonał mnie, że tam, gdzie jestem teraz i w tym, co teraz robię jest dobrze i tak ma być… Najlepiej, rzecz jasna, gdyby powiedział mi to wprost i bezpośrednio, ale to się nie dzieje. Tymczasem jest sporo małych znaków… Nawet to dzisiejsze słowo. Z winnej latorośli rodzą się tylko winogrona. I choć chciałbym rodzić też wiśnie, albo pomidory (to znaczy być wszędzie i robić wszystko), to tak się po prostu nie da. Bogu jestem potrzebny jako dostawca winogron. Niby wszystko głową rozumiem, a wahań całe mnóstwo… Na szczęście w zakonie są przełożeni, którzy ostatecznie decydują o moim losie. Dziś, pod dachem Kurii Generalnej, za nich Bogu niech będą dzięki…

środa, 20 lipca 2022

Dublin...


(Mt 13, 1-9)
Owego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: "Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedne ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na grunt skalisty, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha!"

 

Mili Moi…
21 lipca 2007 roku ówczesna Delegatura Generalna Anglii i Irlandii naszego Zakonu, przejęła opiekę nad niezwykłym miejscem – klasztorem franciszkańskim w Wexford w Irlandii. Przekazali nam go bracia „brązowi”, bo ich liczebnie zmniejszająca się irlandzka prowincja postanowiła wycofać się z tego miejsca. A miejsce starożytne, bo zainicjowane przez braci dwadzieścia lat po śmierci św. Franciszka. Zamysłem naszego zakonu było utworzenie drugiego miejsca w Irlandii (bo byliśmy obecni tylko w Dublinie, gdzie do dziś prowadzimy parafię) jako klasztoru określanego mianem „come and see”. Miał on mieć szczególny charakter powołaniowy, ale również miał służyć wraz z kościołem jako miejsce duszpasterstwa polonijnego w diecezji Ferns. Pierwszym duszpasterzem tamtejszej Polonii zostałem ja i miałem okazje uczestniczyć w uroczystości przekazania tego klasztoru w naszą posługę…

Dziś, w przededniu piętnastej rocznicy tego wydarzenia, moja noga znów stanęła w Wexford. Tak, jestem w Irlandii. To pierwsza część mojego urlopu, którego losy ważyły się właściwie do ostatnich chwil. Kiedy wydawało się, że jednak nie pojadę, okoliczności ułożyły się w sposób sprzyjający i oto jestem. Mieszkam u naszych gościnnych braci w Dublinie, eksploruję od poniedziałku miasto, a dziś właśnie odbyłem wycieczkę do Wexford.

Było to niezwykle ciekawe doświadczenie… Po pierwsze, właściwie nie znalazłem dziś żadnych śladów polskości w tym miejscu. Nawet polski sklep, w którym wieszałem pierwsze ogłoszenia o polskich Mszach już nie istnieje. Nie znalazłem tam nic z siebie… Moje serce nie zabiło żadnym żywszym uczuciem. I choć spędziłem tam rok i znam to miejsce, to dziś czułem się tam całkowicie obco. Nawet w klasztorze nikogo nie zastałem, żeby powiedzieć „hallo”. Podziękowałem Bogu za 2007 rok w Wexford i wyjechałem stamtąd bez cienia żalu, wiedząc, że prawdopodobnie już nigdy więcej tam nie wrócę…

Ziarna rosną, dojrzewają, ale najpierw obumierają… Moja irlandzka przygoda umarła dawno temu. Czy wydala jakieś życie? Siedząc dziś w naszym kościele, słyszałem organistę Przemka, słyszałem czytającego Tomka (serdcznosci dla Ciebie - chyba jako jedyny z "tamtych" tu zaglądasz), widziałem Agnieszkę i Sebastiana, Przemka i Iwonę, Justynę i Mariusza i tak wielu innych. Wówczas to miejsce tętniło życiem. Dziś chyba dużo się zmieniło…

Wszyscy poszliśmy dalej… A Pan cierpliwie sieje w naszych sercach. Tam, gdzie jesteśmy. Tam, gdzie nas życie zaniosło. Tam, gdzie się starzejemy i wspominamy…

A jutro ostatni dzień w Dublinie i w piątek skok do gorącego Rzymu… 

sobota, 16 lipca 2022

w drodze...


(Mt 12,14-21)
Faryzeusze wyszli i odbyli naradę przeciw Jezusowi, w jaki sposób Go zgładzić. Gdy się Jezus dowiedział o tym, oddalił się stamtąd. A wielu poszło za Nim i uzdrowił ich wszystkich. Lecz im surowo zabronił, żeby Go nie ujawniali. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: Oto mój Sługa, którego wybrałem; Umiłowany mój, w którym moje serce ma upodobanie. Położę ducha mojego na Nim, a On zapowie prawo narodom. Nie będzie się spierał ani krzyczał, i nikt nie usłyszy na ulicach Jego głosu. Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi. W Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą.

 

Mili Moi…
Wybaczcie długą nieobecność… Ale właśnie dziś zakończyłem trwające tydzień rekolekcje dla Sióstr Orionistek w Zduńskiej Woli… Niedawno wszedłem do domu. To były szóste rekolekcje dla nich wygłoszone na przestrzeni minionych trzech lat. I tym razem ostatnie. Konieczna jest przerwa, żeby im samym nie znudził się jeden gadający ksiądz. Tym bardziej, że dobrze gadających jest naprawdę wielu. Te ostatnie rekolekcje były wyjątkowe również dlatego, że sióstr było niemal czterdzieści, a poza mną nie było zwyczajowego drugiego spowiednika. Wszak mamy czas urlopów. Pozostałem więc wiernym słuchaczem opowieści zakonnych, które absorbowały mnie bardzo czasowo, ale też powodowały, że kiedy docierałem wieczorem do własnej celi, to miałem już tylko jeden plan – trafić do łóżka. Pisać. Czytać. Myśleć. Nie… nie dawałem już rady…

Niemniej czas był piękny… Im dłużej jestem zakonnikiem, tym pilniejszą potrzebę pogłębiania świadomości naszej konsekracji widzę. Jesteśmy obdarzeni w Kościele niezwykłym darem. To takie ważne, żebyśmy sami go dobrze rozumieli, potrafili się nim zafascynować i o nim świadczyć…

To świadectwo dziś stanęło mi przed oczami również w kontekście Ewangelii. Skonfrontowano w niej agresję i gwałtowność faryzeuszów z łagodnością i dobrocią Jezusa. Pomyślałem dziś czy ci agresorzy byli ludźmi szczęśliwymi? Czy chcieli się dzielić swoją fascynacją Bogiem i w ten sposób zapraszać do wiary innych, czy raczej byli mścicielami Prawa, którzy najlepiej czuli się wówczas, kiedy mogli złapać kogoś na potknięciu, albo jawnym grzechu? Człowiek szczęśliwy nie boi się, że cokolwiek straci, jest tak pochłonięty swoim doświadczeniem, że znacznie mniej interesują go słabości innych. A jeśli go interesują, to tylko dlatego, że chce się z nimi dzielić swoim szczęściem. Nie przymuszać i przytłaczać, ale świadczyć, zapraszać.

Taki był właśnie Jezus… Nie krzyczał, nie dyrygował, nie zmuszał, nie straszył. Szanował dynamizm każdego człowieka, etap jego rozwoju. Wiedział, że pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć. A kiedy emocje sięgały zenitu, potrafił się również wycofać, nie szukać konfrontacji. Wzdycham, jako temperamentalny choleryk, do tego rodzaju łagodności i wyrozumiałości. Bo mnie, podobnie jak faryzeuszom, wydaje się często, że wystarczy powiedzieć raz, wytłumaczyć, przekonująco uzasadnić i… już. Tymczasem rozczarowaniom nie ma końca. A kiedy się na spokojnie zastanawiam, to dziękuję Bogu, że On nie działa wobec mnie tak impulsywnie, jak ja czasami chciałbym zadziałać wobec innych. I to mnie chyba często hamuje…

Przyjaciele… Nie wiem kiedy zajrzę tu znowu… Jutro mam jeszcze cudowną okazję wygłoszenia kazania podczas ślubów wieczystych s. Katarzyny, betanki, w Gościcinie. A potem ruszam na urlop… Przez trzy tygodnie będę się bujał tu i ówdzie i nie jestem w stanie przewidzieć dostępności internetu. Odezwę się, jak to tylko będzie możliwe. Najpóźniej za kilkanaście dni...

niedziela, 3 lipca 2022

wybory...


(Łk 10,1-12.17-20)
Jezus wyznaczył jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch uczniów i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: ”Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: "Pokój temu domowi". Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają; bo zasługuje robotnik na swą zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co Wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: "Przybliżyło się do was królestwo Boże". Lecz jeśli do jakiego miasta wejdziecie, a nie przyjmą was, wyjdźcie na jego ulice i powiedzcie: "Nawet proch, który z waszego miasta przylgnął nam do nóg, strząsamy wam. Wszakże to wiedzcie, że bliskie jest królestwo Boże". Powiadam wam: Sodomie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu”. Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością mówiąc: ”Panie, przez wzgląd na Twoje imię nawet złe duchy nam się poddają”. Wtedy rzekł do nich: ”Widziałem szatana spadającego z nieba jak błyskawica. Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi. Jednak nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie”.

 

Mili Moi…
Wróciłem wczoraj z rekolekcji u sióstr Klarysek z Pniew, no i prowadzonych, niejako przy okazji, rekolekcji dla miejscowej Grupy o. Pio. Pracowity to był tydzień, ale pełen dobrych, duchowych wrażeń. Wakacje rozpoczęły się wszędzie, także i u nas w klasztorze, więc dziś niemal nie wychodzę z kościoła, a jutro wyjazd do Radia i nagrywanie kolejnych sześciu audycji, których jeszcze nie mam… Nie wiem kiedy je stworzę… Ale przywykłem już chyba do tego, że Duch Święty ma ze mną sporo roboty i musi działać we mnie szybko… Zawsze staram się przygotowywać do wszystkiego, ale czasem to takie przygotowania „na styk”, bywa, że kończą się na godziny przed wydarzeniem… A wydarzeń sporo…

Wczoraj Pan Bóg mnie po raz kolejny zaskoczył… Właściwie myślę sobie – dlaczego? Przecież Jego działanie w moim życiu jest takie oczywiste. A jednak, czasem dostaję od Niego takie prezenty, że mnie samemu trudno w to uwierzyć. Otóż powszechnie znane jest moje zamiłowanie do lotnisk i latania w ogóle. Naprawdę to lubię, a podniebne przemieszczanie się jest dla mnie niesamowitą frajdą. Prawie tak dużą, jak patrzenie na kłębiących się po lotnisku ludzi. Modliłem się ostatnio do Pana – przecież Ty mnie znasz, wiesz jak bardzo kocham latać… Nie zechciałbyś dać mi ku temu okazji? No i wczoraj zadzwonił wiceprowincjał Księzy Chrystusowców z Niemiec z propozycją poprowadzenia dla nich miesięcznych dni skupienia w Bochum. Mówi do mnie – przylecisz na dwa, trzy dni i wrócisz sobie samolotem do domu… Trochę mnie zamurowało, bo propozycja oczywiście miła i z radością ją przyjmuję. Natomiast kontekst dla mnie nieco oszałamiający, bo Pan odpowiedział szybciej, niż mógłbym się spodziewać…

A dziś na Słowem myślę sobie o przyjmowaniu głosicieli. Sam jestem jednym z nich. Ale to wszystko jest dziś takie ułożone – w zasadzie głosiciel to kościół, albo jakieś inne miejsce, do którego zaprasza się chętnych słuchaczy. Głoszenie „w terenie” to ciągle jakiś fragmencik działalności Kościoła, przynajmniej w Polsce, a może szerzej – w Europie. Taka forma działania wciąż jest postrzegana jako swoista ekstrawagancja i właściwie jakiś kaprys, z którego owoc jest mizerny. Tymczasem niejeden z nas, księży, mógłby pewnie przywołać przykład kogoś, kto trafił do kościoła po serdecznej wizycie duszpasterskiej, którą przeżył we własnym domu. Kolęda, tak często wyszydzana i wiązana wyłącznie z kaską, nie jeden raz wiązała się z przyczynkiem do konkretnego nawrócenia. Pamiętam Dankę, naszą parafiankę z Gdyni, która sama wielokrotnie podkreślała, że Pan wyrwał ją z zupełnej obojętności religijnej właśnie dzięki takiej „kolędzie”. Bardzo była zaangażowana w nasze, franciszkańskie sprawy aż do swojej śmierci kilka lat temu…

Może więc, zanim sami zastanowimy się nad naszym ukierunkowaniem ewangelizacyjnym – czy ono w ogóle istnieje i jaki przyjmuje kierunek, warto zastanowić się jak przyjmujemy tych, którzy w sposób bardziej lub mniej udolny próbują nam głosić Ewangelię. Bywa, że spotykamy ich na płachach naszych ulic, czy w środkach komunikacji publicznej. Czy to tylko intruzi zakłócający spokój, czy zasługują wyłącznie na pobłażliwy uśmiech, czy może na odrobine zainteresowania? Bo niewykluczone, że to szansa, która daje nam Bóg. Szansa na usłyszenie czegoś ważnego… Choćby tego, że Królestwo Boże jest już blisko…




niedziela, 26 czerwca 2022

wola Boża...


(Łk 9,51-62)
Gdy dopełniał się czas wzięcia Jezusa z tego świata, postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: ”Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?”. Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka. A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: ”Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz”. Jezus mu odpowiedział: ”Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł wesprzeć”. Do innego rzekł: ”Pójdź za Mną”. Ten zaś odpowiedział: ”Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca”. Odparł mu: ”Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże”. Jeszcze inny rzekł: ”Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu”. Jezus mu odpowiedział: ”Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego”.

 

Mili Moi…
No i rekolekcje w Morasku za nami… W tym roku miałem tam wygłosić dwie serie, ale zimowa mi przepadła, bo świętowałem wówczas Covid. Letnia więc była jedyną szansą na przemówienie do sióstr. I było tak już chyba nieco klasycznie… Przychodziła na nauki Matka Generalna tegoż zgromadzenia, która pod koniec poprosiła… żebym w przyszłym roku wygłosił dla sióstr cztery serie rekolekcji, na co ja, rzecz jasna, ochoczo przystałem. W czwartek więc zakupiłem już kalendarz na 2023 rok i zaczynam go zapełniać.

W piątek wyruszyłem na weekendowe, doroczne rekolekcje dla Rycerzy Niepokalanej Polski Północnej, które przeżywamy w gościnnym domu Sióstr Służebniczek NMP na Oksywiu. W tym roku lud dopisał – mieliśmy 41 uczestników. Na mnie spoczywała warstwa organizacyjna, bo wygłosić rekolekcje zgodził się mój przyjaciel Maciej. Poprowadził nas w kluczu odkrywania i rozumienia woli Bożej na wzór Maryi – w naszej codzienności. Myślę, że większość uczestników zadowolona. No i o 13.00 zakończyliśmy dziś nasze ćwiczenia duchowe, a ja piszę do Was z Pniew. Dotarłem niedawno do klasztoru Sióstr Klarysek od Wieczystej Adoracji, u których już chyba trzeci rok z rzędu głoszę rekolekcje. Zaczynamy wprawdzie od jutra, ale zgodziłem się również odprawiać poranne Msze w kościele dla ludzi z miasta, co pozwoliło księdzu kapelanowi tego miejsca wyjechać na krótki urlop. A dodatkowo od środy prowadzę tu również rekolekcje dla miejscowej grupy Św. O. Pio. Nie ma nudy… Kijaszki chyba będę praktykował o 5.00 rano – bo to jedyny swobodniejszy czas, a i temperatury przyzwoitsze… Zapowiada się bogaty duchowo tydzień…

A dziś nad Słowem postawiłem sobie pytanie – po co powołał mnie Pan? Szukając odpowiedzi w kluczu rekolekcji, których też mogłem słuchać, doszedłem do wniosku (nie nowego przecież), że celem mojego powołania jest doskonałe zrealizowanie woli Bożej, Jego zamysłu na moje życie. I tego zawsze chciałem. I dziś nie jest inaczej. Wiem z całą pewnością, że Jego wolą nie jest, żebym gromił nieprzyjazne miasta. Nie mam tez zajmować się tematami pobocznymi, choćby nie wiem jak po ludzku wydawały się ważne. A nade wszystko nie powinienem zajmować się sobą… A kręcić się wokół swoich odczuć, przeżyć, myśli i przekonań jest wielką pokusą codziennego życia duchowego…

I znów zaciśnięte gardło… Tak troszeczkę… Bo mówię Mu FIAT – chcę tego. Ale im dłużej żyję, tym się tego bardziej obawiam. Może z powodu rozpoznawanych w sobie słabości. A może również dlatego, że dostrzegam „ocean potrzeb”. A do tego dochodzą jakieś własne pomysły i plany, których dawniej nie było, a które przecież są takie znakomite, dobre, słodkie i sycące – zwłaszcza, kiedy znajdują się wyłącznie w sferze wyobrażeń i marzeń. A najżywsze z nich na tę chwilę są, tak czysto po ludzku, niemożliwe do zrealizowania… I tak tez jest dobrze… Jakkolwiek jest – byle Pan był blisko, byle Jego wola działa się na ziemi, tak, jak w niebie. I bylem ja miał w tym swój, właściwy dla mnie i przewidziany przez Niego udział…

niedziela, 19 czerwca 2022

ze ściśniętym gardłem...


(Łk 9,18-24)
Gdy Jezus modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: ”Za kogo uważają Mnie tłumy?”. Oni odpowiedzieli: ”Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał”. Zapytał ich: ”A wy, za kogo Mnie uważacie ?”. Piotr odpowiedział: ”Za Mesjasza Bożego”. Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili. I dodał: ”Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”. Potem mówił do wszystkich: ”Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa”.

 

Mili Moi…
Od piątku prowadzę rekolekcje dla Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla w Morasku, pod Poznaniem. Bardzo lubię te siostry, bo często miałem z nimi do czynienia, kiedy jeszcze pracowałem w USA. Tam też sporo dla nich głosiłem. W Polsce natomiast po raz pierwszy mam dla nich rekolekcje. Dom jednak znam, bo z poznańskimi Spotkaniami Małżeńskimi miewaliśmy tu weekendy dla małżeństw. Cudowne miejsce. Wielki teren, sad, alejki do spacerowania… No i generalnie jak na zamieszczonym zdjęciu… Sióstr jest tylko trzynaście, ale każdego dnia przychodzą również tak zwane „siostry domowe”, które korzystają z okazji i odprawiają swoje prywatne dni skupienia. Więc słuchaczek jest więcej…

Program jest świetnie ułożony, co pozwala mi zachować dyscyplinę… Początek dnia o 5.00, medytacja, 6.30 godzinny marsz z kijami, prysznic, śniadanie i reszta działań… A ile czasu na modlitwę i czytanie… Mój Boże, jak ja lubię głosić siostrom… Wszystko uporządkowane i przewidywalne. Od stycznia miałem przerwę. Za to teraz nadrobię. Do połowy lipca mam jeszcze dwie serie – dla Sióstr Klarysek w Pniewach i dla Sióstr Orionistek w Zduńskiej Woli. No i z Siostrami łatwiej zachować dyscyplinę żywieniową, a tej mi również potrzeba. Od kilku tygodni pod opieką dietetyczki Olgi gubię kilogramy. Nie tak szybko jak dawniej (Pesel podobno winny), ale jednak. Dobra motywacja i pomoc otoczenia – a tu na nią mogę liczyć – to podstawa sukcesu.

Dziś tak sobie pomyślałem, że wyznanie Piotra z czasem dopiero nabiera wartości. Kiedy wypowiada te słowa, właściwie trudno jeszcze powiedzieć, żeby poniósł wielką ofiarę dla Chrystusa. Mówimy wprawdzie, że Apostołowie porzucili wszystko i poszli za Nim, ale ile zyskiwali? On im ciągle dawał – nowe wrażenia, doświadczenia, moce, łaski, spotkania, miejsca, naukę… Ale chmury zaczynały się gromadzić nad Panem. I nadszedł bolesny moment męki. Wówczas, kiedy Piotr gorzko płakał nad wszystkim, co ich spotkało, a nade wszystko pewnie nad sobą, być może powtarzał sobie w sercu – On jest Mesjaszem Bożym, On jest Mesjaszem Bożym, przecież to jest prawda, najprawdziwsza prawda, On Nim jest… Ale wówczas zrozumiał dobrze, że jeśli ma coś stracić, ma ponieść jakąś ofiarę, to sam nie jest do tego zdolny… Kiedy Jezus trzykrotnie zapytał Go o miłość, Piotr trzykrotnie wyznał właśnie to – tylko Ty, tylko w Tobie, tylko z Tobą…

Dziś pomyślałem sobie, że najłatwiej mówi się o traceniu życia dla Jezusa wówczas, kiedy… człowiek nie wie ile ma do stracenia. Zdalem sobie sprawę, że do czterdziestego roku życia byłem właściwie jak Piotr – niewiele straciłem, a ogromnie wiele zyskałem przy Jezusie. Jak latwo było mi wołać – Ty jesteś moim jedynym Panem… Dziś sprawa ma się nieco inaczej… Doświadczam boleśnie kilku strat, a nowe być może majaczą na horyzoncie. Toteż dziś rano, kiedy przyszedł czas na medytacji, żeby powiedzieć Mu kim dla mnie jest, to owszem, z wiarą wypowiedziałem słowa - jesteś MOIM Mesjaszem. Z wiarą, ale również ze ściśniętym gardłem…

poniedziałek, 13 czerwca 2022

braterstwo...


15 
I rzekł do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! 16 Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. 17 Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; 18 węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie» 19 Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. 20 Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły. Mk 16, 15-20

 

Mili Moi…
Wybaczcie, że znów długo mnie nie było… Za mną „najgorsze” i „najlepsze” wydarzenie tego roku, czyli Bieg Małych Rycerzy Niepokalanej na Zamku w Malborku. Jest to wydarzenie, które kosztuje mnie ogromnie dużo pracy i wysiłku. Jego przygotowanie to kilka miesięcy myślenia i działania – i oczywiście nie jestem w tym sam, bo to w ogóle nie byłoby możliwe. Niemniej organizatorem jestem ja, więc na mnie spada najwięcej. W tym sensie jest to wydarzenie „najgorsze”. Powtarzałem sobie długo – jeśli przeżyję 11 czerwca 2022 to rok mamy „zaliczony” i mogę w miarę spokojnie żyć dalej. Wydarzenie było podwójnie stresujące, bo zgłosiło się niemal 200 dzieci, co wraz z dorosłymi opiekunami i ekipą organizatorów dało nam niemal 270 osób. W jakim więc sensie było to wydarzenie „najlepsze”? Pomijam fakt, że ostatecznie było ono bardzo udane (włącznie z pogodą, która była cudowna), ale, jak to powiedział jeden z pracowników zamku – ciesz się człowieku, bo to cudownie patrzeć, że wśród zalewu tego śmiecia, któremu te dzieci są codziennie poddawane, niemal dwieście przyjechało na twoje spotkanie i wyglądają na zadowolone… Rzeczywiście na takie wyglądały…

Wróciłem z Malborka o 18.00, zjadłem coś, wykąpałem się, ubrałem ładnie i wsiadłem w auto… Ruszyłem do Kazimierza Dolnego, gdzie w niedzielę o 11.00 miałem przemówić podczas uroczystości ślubów wieczystych s. Edyty, betanki. Noc w drodze… Cudowna sprawa. Oczywiście z długą, trzygodzinna drzemką. Ale również ze spacerem o wschodzie słońca nad Wisła w Kazimierzu… Dziękuje Panu Bogu zawsze w takich chwilach, że dał mi tak cudowne życie. Nie nadaje się do pracy w ośmiogodzinnym systemie, ani w innym, ściśle zorganizowanym zakresie. Ale tak mogę… Mimo, że to bywa ekstremalnie męczące.

Przemówiłem. Zjadłem obiad i wsiadłem w auto, żeby wrócić do Gdyni. Oczywiście po drodze nawiedziłem mój kochany Lublin. Przeszedłem się znajomymi ścieżkami. Dwa lata mieszkania tam, pozostawiło we mnie ogromny sentyment do tego miasta. A kiedy wracałem do samochodu, miałem niezwykle sympatyczne i zaskakujące dla mnie spotkanie. Otóż minęła mnie para młodych ludzi z dwójką dzieci. Uśmiechnęli się i poszli dalej. Za kilka chwil biegną ku mnie, coś krzycząc… Okazalo się, że to słuchacze moich rekolekcji internetowych, którym chwilę zajęło uświadomienie sobie skąd mnie znają. Bardzo życzliwi ludzie. Pogawędziliśmy chwilę. Pobłogosławiłem ich i pojechałem dalej. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego, że ktoś rozpoznaje mnie na ulicy jako tego „ojca od rekolekcji”.

A dziś nadrobiłem nieco niedobory snu. Posprzątałem stajenkę, co było już absolutna koniecznością i o co wołała ona do mnie od wielu dni. Zaraz inaczej w świeżo wysprzątanym mieszkaniu. No i udało mi się przejrzeć i dopracować nieco rekolekcje dla sióstr Misjonarek, które rozpoczynam w piątek pod Poznaniem. Dobry dzień. Tym lepszy, że poświęcony świętemu Antoniemu, patronowi naszej gdyńskiej parafii. Za chwilę odpustowa Eucharystia i radosne spotkanie braterskie. Cenię sobie takie chwile bardzo, bo nieczęsto mam okazje je celebrować.

Ale to też taki zwyczajny koszt tego modelu życia, które prowadzę. Czytam o tym w dzisiejszym Słowie. Jeśli mam iść na cały świat, żeby głosić, to nie mogę jednocześnie być nieustannie w domu i cieszyć się obecnością wspólnoty. Te dwie rzeczywistości są ze sobą sprzeczne. Ale za to – z wielką radością do domu wracam i z braćmi jestem, co dla nich czasem jest nawet trudne do zrozumienia, ponieważ mają na co dzień to wszystko, za czym ja mogę zaledwie zatęsknić. A tęsknię. Wszak po to do zakonu wstąpiłem, żeby żyć we wspólnocie. Niemniej, namiastkę wspólnotowości znajduję również tam, gdzie jadę – zwykle ktoś na mnie czeka, zwykle spotkań mi nie brakuje, zwykle ludzi wokół mnie sporo. Próbuje w tym szukać tego, czego tak mało mam w codzienności. I Pan sam chyba musi tę lukę zapełniać. A ja musze się uczyć również zakonnej samotności w tłumie – który rozumie mnie tylko troszkę. Na szczęście wiem, że zawsze przychodzi ten dzień, kiedy wracam do domu… Do braci…