poniedziałek, 19 kwietnia 2021

w cudny poniedziałek...


(J 6, 22-29)
Nazajutrz, po rozmnożeniu chlebów, tłum stojący po drugiej stronie jeziora spostrzegł, że poza jedną łodzią nie było tam żadnej innej oraz że Jezus nie wsiadł do łodzi razem ze swymi uczniami, lecz że Jego uczniowie odpłynęli sami. Tymczasem w pobliże tego miejsca, gdzie spożyto chleb po modlitwie dziękczynnej Pana, przypłynęły od Tyberiady inne łodzie. A kiedy ludzie z tłumu zauważyli, że nie ma tam Jezusa ani Jego uczniów, wsiedli do łodzi, dotarli do Kafarnaum i tam szukali Jezusa. Gdy zaś odnaleźli Go na przeciwległym brzegu, rzekli do Niego: "Rabbi, kiedy tu przybyłeś?" W odpowiedzi rzekł im Jezus: "Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb do syta. Zabiegajcie nie o ten pokarm, który niszczeje, ale o ten, który trwa na życie wieczne, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec". Oni zaś rzekli do Niego: "Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boga?" Jezus, odpowiadając, rzekł do nich: "Na tym polega dzieło Boga, abyście wierzyli w Tego, którego On posłał".

 

Mili Moi...
Kolejna niedziela za nami… Mnie tym razem Duch pchnął w kierunku parafii św. Jana XXIII w Komornikach. Lubię tam jeździć. Pomoc proboszczowi jest ewidentnie potrzebna, bo dla jednego księdza, to bardzo duże dzieło. A poza tym czuję się tam przyjęty, potrzebny, słuchany. Głoszenie Słowa w takich miejscach to prawdziwa radość.

Od soboty jeżdżę nowym samochodem… Wow… To znaczy nowy on jest dla mnie, bo rzecz jasna nie z salonu. Ale zlitowała się władza nade mną i, żebym się nie musiał składać wsiadając, otrzymałem auto nieco większe. Taka mała radość. A trasy długie, więc może wcale nie taka mała…

Już w środę Trójmiasto i kilka spraw urzędowych, czwartek to spotkanie ze wspólnotą Rycerstwa Niepokalanej w Elblągu, a w piątek ruszam do… Cieszyna. Tam trzy dni nauczania dla sióstr. Nie byłem w tych rejonach chyba od czasów liceum. Cieszę się, bo oczywiście Jasna Góra musi być po drodze…

No i tradycyjny już akcent zdrowotny… Wczoraj dwadzieścia trzy tysiące kroków. Poszedłem zwyczajowo… na lotnisko. Ale nie zabawiłem długo, bo miałem krótkie wolne popołudnie. Ale, gdy okazało się, że daję radę i to całkiem nieźle, dziś wybrałem się na pierwszy nordic walking do Cytadeli. Pierwszy po Covidzie… Miałem nawet jakoś delikatnie zacząć. Ale poniosło mnie… I okazało się, że bez trudu zrobiłem trasę, którą zwykle przechodzę. Zrobiłem sobie jednak chwilę przerwy, wysączyłem kawkę w słonku, posiedziałem na ławeczce. Jest dziś cudownie…

Słowo zaś rozpoczyna się dziś od dość chaotycznej próby odnalezienia Jezusa. Kiedy się to wreszcie udaje, On sam demaskuje i koryguje niewłaściwe motywacje owych poszukiwaczy. Ani darmową piekarnią, ani skuteczną służbą zdrowia, ani administratorem idealnym Jezus być nie zamierza. I zdecydowanie sugeruje tłumowi, żeby wyzbył się tego rodzaju oczekiwań.

Oni zaś, żydowscy aktywiści (niczym bogaty młodzieniec z innej opowieści ewangelicznej), pytają co mają robić. Jakby od tego, co będą robić sprawa się zaczynała. On zaś im pokazuje, że to skutek, nie przyczyna. Przyczyna mieści się w tym dla Kogo będą działać, z Kim i przez wzgląd na Kogo. Jeśli zrealizują dzieło Ojca - uwierzą w Syna, to ich życie stanie się odmienione. A wówczas mniej ważne będzie CO będą robić, ponieważ co by to nie było – będzie dobre. Kochaj i rób co chcesz – mawiał święty Augustyn. Uwierz naprawdę w Jezusa i rób co chcesz – można sparafrazować te słowa. Wiara bowiem wpływa na wszystko…

środa, 14 kwietnia 2021

razem z Nim...


(J 3,16-21)
Jezus powiedział do Nikodema: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego; każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła,aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu.

 

Mili Moi…
Cudowne Święto Miłosierdzia za mną.  Wrocławskie głoszenie to spotkania z serdecznymi ludźmi, wierzącymi i dobrymi księżmi, a nawet piękną, wiosenną pogodą. No i przekonałem się, że dałem radę całą niedzielę głosić. Przy okazji sporo dobrych rozmów w konfesjonale. Po homilii bowiem, szedłem spowiadać i nie brakowało mi zajęcia.

W ramach kondycyjnych zwierzeń… Kiedy wychodziłem ze szpitala, problemem były słynne d-dimery, których podwyższona liczba w organizmie świadczy o możliwości tworzenia się zakrzepów. Miałem ich wówczas 2150, gdzie norma mówi, że może ich być najwyżej 500. Wczoraj pobadałem tę krew i okazało się, że mam ich… 265. Za to Najwyższemu Bogu chwała!

A dziś dzień skupienia… Długo na niego czekałem, bo marzec niestety mi umknął. Przyjmują mnie zawsze gościnne siostry klaryski od wieczystej adoracji w Pniewach. Dostaję pokój, kluczyk do domu, do dyspozycji mam maleńki kościółek z wystawionym Panem Jezusem. Miasteczko nad jeziorem, jest gdzie wyjść na spacer. W pobliskim klasztorze sióstr urszulanek relikwie św. Urszuli Ledóchowskiej. Czegóż chcieć więcej? Wyłączam telefon i zanurzam się w Obecności…

Nad Słowem dzisiejszym po raz kolejny zdumiewa mnie fakt, że Bogu zależy. I to jak bardzo Mu zależy! Przychodzi do świata, o którym wie, że miłość do ciemności dominuje. Zdaje sobie sprawę, że Jego przesłanie zostanie przez tak wielu odrzucone. A mimo wszystko nie rezygnuje. Mógłby przecież zdmuchnąć ziemie i stworzyć sobie tysiące nowych światów, w których ludzie kochali by Go i wielbili. Tymczasem On tak bardzo wierny swoim obietnicom i darom pamięta jak to Noemu przyrzekł, że nie zniszczy już ziemi.

Właśnie Noe mi się dziś przypomniał, bo w kontekście jego historii czytamy chyba najsmutniejsze zdanie w Biblii – Bóg pożałował, że stworzył człowieka. A dziś? Kiedy Jego dzieci nadal wybierają raczej ciemność niż światło? Czy dziś też żałuje? Mam szczerą nadzieję, że nie. Jest przecież tak wielu, którzy pocieszają Go swoim dobrym życiem, właściwymi wyborami, uwielbieniem, które Mu zanoszą. Dziś chciałbym do nich dołączyć. I na zawsze już wśród nich pozostać…

sobota, 10 kwietnia 2021

łażąc po tym świecie...


(Mk 16,9-15)
Po swym zmartwychwstaniu, wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia, Jezus ukazał się najpierw Marii Magdalenie, z której wyrzucił siedem złych duchów. Ona poszła i oznajmiła to tym, którzy byli z Nim, pogrążonym w smutku i płaczącym. Oni jednak słysząc, że żyje i że ona Go widziała, nie chcieli wierzyć. Potem ukazał się w innej postaci dwom z nich na drodze, gdy szli na wieś. Oni powrócili i oznajmili pozostałym. Lecz im też nie uwierzyli. W końcu ukazał się samym Jedenastu, gdy siedzieli za stołem, i wyrzucał im brak wiary i upór, że nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego. I rzekł do nich: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu”.

 

Mili Moi…
Melduję posłusznie, że moja kondycja chyba zmierza w dobrym kierunku. Robię nawet po trzynaście tysięcy kroków bez nadmiernego zmęczenia. Ufam więc, że wkrótce będą możliwe również spacery z kijaszkami, za którymi, nie ukrywam, już trochę tęsknię. Może zbiegną się w czasie z „prawdziwą” wiosną (słoneczną i ciepłą), bo tymczasem trudno powiedzieć, że pogoda nas rozpieszcza.

Ale w ramach „wracania do równowagi” wyruszyłem w pierwszą „podróż apostolską”. W środę dobre spotkanie z Prowincjałem, które, a jakże, musiało znaleźć swój finał w spacerze po gdyńskim bulwarze. Czwartek i piątek to nagrania w Niepokalanowie. Jeśli ktoś nas słucha, to mamy dobrą wiadomość – 13 czerwca zamierzamy poprowadzić audycje „na żywo”, a wówczas będzie również możliwość kontaktu z nami. Wczoraj wróciłem do Poznania, żeby przemówić na jednym z Wieczorów dla zakochanych, które wraz ze Spotkaniami Małżeńskimi prowadzimy. A dziś ruszam najpierw do Inowrocławia, do naszej wspólnoty franciszkańskiej, a stamtąd do Wrocławia, gdzie mam przemówić jutro „odpustowo” w parafii Miłosierdzia Bożego, w której zresztą w minionym Adwencie prowadziłem rekolekcje parafialne. Gdyby ktoś chciał się z nami jutro połączyć on-line, to serdecznie zapraszam na https://milosierdzie.wroclaw.pl/pl/transmisja-na-zywo/

Muszę przyznać, że szalenie miłym zaskoczeniem jest dla mnie fakt, że w każdym miejscu, w którym się pojawiam, doświadczam wielkiej życzliwości związanej z troska o moje zdrowie. Wszędzie są ludzie, którzy zapewniają mnie o modlitwie podczas mojej choroby i pytają z troską o to jak sobie teraz radzę. Wzrusza mnie to naprawdę solidnie…

Przepraszam wszystkich, którzy nie otrzymali ode mnie w tym roku życzeń świątecznych. Do mnie całkiem sporo ich dotarło. Ja niestety o wielu rzeczach po „urlopie w szpitalu” nie byłem w stanie myśleć. Jedną z nich było właśnie pisanie życzeń, więc wybaczcie. Poprawię się…

Dwie myśli w dzisiejszej Ewangelii skupiają moją uwagę… Po pierwsze niewiara Apostołów. Marek (a właściwie autor tych słów, bo raczej pewne jest, że zakończenie tej Ewangelii nie wyszło spod pióra Marka) nie waha się podkreślać, że Apostołowie nie mogli pokonać tej wewnętrznej bariery, opartej z pewnością na słowie „niemożliwe”. Z jednej strony trudno im się dziwić, ale z drugiej… przecież On powiedział. Dlatego, kiedy On sam pojawia się wśród nich, gani ich niewiarę i upór. I to jest drugie dzisiejsze „odkrycie”. Marek nie pisze o „pieszczotach duchowych”, nie ma „Pokój wam”, czy „Nie bójcie się”. Jest konkret – weźcie się w garść, ogarnijcie się i ruszajcie w drogę. Bo sprawa Ewangelii nie może czekać. Nie zwlekajcie!

Co więcej… Nie tylko ludziom ją głoście… Całemu stworzeniu! Bo wszystko, co na świecie jest, winno usłyszeć tę nowinę. Jezus żyje! I to naprawdę się liczy…

piątek, 2 kwietnia 2021

miłość z krzyża...


E. Po wieczerzy Jezus wyszedł z uczniami swymi za potok Cedron. Był tam ogród, do którego wszedł On i Jego uczniowie. Także i Judasz, który Go wydał, znał to miejsce, bo Jezus i uczniowie Jego często się tam gromadzili. Judasz, otrzymawszy kohortę oraz strażników od arcykapłanów i faryzeuszów, przybył tam z latarniami, pochodniami i bronią. A Jezus wiedząc o wszystkim, co miało na Niego przyjść, wyszedł naprzeciw i rzekł do nich: + Kogo szukacie? E. Odpowiedzieli Mu: I. Jezusa z Nazaretu. E. Rzekł do nich Jezus: + Ja jestem. E. Również i Judasz, który Go wydał, stał między nimi. Skoro więc rzekł do nich: Ja jestem, cofnęli się i upadli na ziemię. Powtórnie ich zapytał: + Kogo szukacie? E. Oni zaś powiedzieli: T. Jezusa z Nazaretu. E. Jezus odrzekł: + Powiedziałem wam, że Ja jestem. Jeżeli więc Mnie szukacie, pozwólcie tym odejść. E. Stało się tak, aby się wypełniło słowo, które wypowiedział: Nie utraciłem żadnego z tych, których Mi dałeś. Wówczas Szymon Piotr, mając przy sobie miecz, dobył go, uderzył sługę arcykapłana i odciął mu prawe ucho. A słudze było na imię Malchos. Na to rzekł Jezus do Piotra: + Schowaj miecz do pochwy. Czyż nie mam pić kielicha, który Mi podał Ojciec? J 18, 1-11

 

Mili Moi…
Nadeszły święte dni… Każdego roku czekam na nie z niecierpliwością i każdego roku jakoś się z nimi zmagam. To znaczy, kiedy mijają, mam jakiś wyrzut, że można było głębiej, lepiej, intensywniej. Innymi słowy, moje tęsknoty nie są w pełni zaspokojone. Może dopiero w wieczności pojawi się ta bliskość, które już dziś jestem spragniony.

W naszym kościele limity właściwie zachowane. A w dzień – jak zwykle – cicho i pusto. Samotność Jezusa, o której myślę w te dni, jest jakoś wyraźniej odczuwalna właśnie w naszej świątyni. Tym bardziej wzrasta pragnienie, aby być z Nim. Chciałbym posiedzieć, poadorować, i w dzień, rzeczywiście mi się udaje, ale wieczorem – padam na pyszczek i nad tym trochę ubolewam.

Udało mi się całkowicie wysprzątać moje mieszkanko po remoncie. Dzielę się tym, bo to wielkie osiągnięcie. Coś, co mógłbym zrobić w dwa dni, robiłem niemal dwa tygodnie. Taki wydajny jestem obecnie… Ale za to siedem worków sześćdziesięciolitrowych śmiecia wyrzucone. Mnóstwo papierów – jeszcze z czasów studiów doktoranckich, które kiedyś miały się przydać. A w chwili ich wyrzucania, uświadamiałem sobie w ogóle, że je mam. Tak to jest z gromadzeniem rzeczy. Ostatecznie więc – pozytywnie. Mniej, znaczy więcej. Mniej rzeczy, więcej miejsca i wewnętrznej wolności.

Stoję dziś wobec ewangelicznego Słowa w niemym zadziwieniu nad troskliwą miłością Jezusa. Zauważcie, że w tej chwili, kiedy nieprzyjaciele przychodzą Go pojmać, On nie martwi się o siebie, ale… o swoich uczniów. Jeśli mnie szukacie, pozwólcie tym odejść… To urzekające, że nasz Pan udziela uczniom ostatnich lekcji właśnie w tym momencie. Najpierw pokazuje im, że wszystko, co się dzieje, dzieje się zgodnie z planem Ojca. A On panuje nad sytuacją. Żołnierze upadający na twarz na sam dźwięk imienia Bożego są tego najlepszym dowodem. Jezus objawia moc, którą dysponuje, ale którą zawiesza, bo droga zbawienia to nie droga mocy i (prze)mocy.

Zaraz po tym lekcja troskliwości… On, który odejdzie, uczy ich jak ważni są dla Niego i jak powinni wobec tego być ważni dla siebie nawzajem. Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich – napisze później święty Paweł w Liście do Filipian. A drugich uważajcie za wyżej stojących od siebie. Dla tych, którzy kochają, ważni są ci, których kochają. Ważniejsi niż oni sami.

A gdyby wziąć pod uwagę Jezusowy nakaz miłości wszystkich, także nieprzyjaciół. Czy to w ogóle możliwe? Dziś spojrzymy na krzyż. Ten, który na nim wisi dowiódł, że i owszem. Od Niego się uczymy, choć ta szkoła jest niesłychanie wymagająca. Ale Jego łaska jest po naszej stronie. Dlatego możliwe są postępy. Nasze. Na drodze miłości.

niedziela, 28 marca 2021

wędkowanie...


E. Dwa dni przed Paschą i Świętem Przaśników arcykapłani i uczeni w Piśmie szukali sposobu, jak by Jezusa podstępnie ująć i zabić. Lecz mówili: T. Tylko nie w czasie święta, by nie było wzburzenia między ludem. E. A gdy Jezus był w Betanii, w domu Szymona Trędowatego, i siedział za stołem, przyszła kobieta z alabastrowym flakonikiem prawdziwego olejku nardowego, bardzo drogiego. Rozbiła flakonik i wylała Mu olejek na głowę. A niektórzy oburzyli się, mówiąc między sobą: T. Po co to marnowanie olejku? Wszak można było olejek ten sprzedać drożej niż za trzysta denarów i rozdać ubogim. E. I przeciw niej szemrali. Lecz Jezus rzekł: + Zostawcie ją; czemu sprawiacie jej przykrość? Dobry uczynek spełniła względem Mnie. Bo ubogich zawsze macie u siebie i kiedy zechcecie, możecie im dobrze czynić; lecz Mnie nie zawsze macie. Ona uczyniła, co mogła; już naprzód namaściła moje ciało na pogrzeb. Zaprawdę, powiadam wam: Gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię, będą również opowiadać na jej pamiątkę to, co uczyniła. E. Wtedy Judasz Iskariota, jeden z Dwunastu, poszedł do arcykapłanów, aby im Go wydać. Gdy to usłyszeli, ucieszyli się i przyrzekli dać mu pieniądze. Odtąd szukał dogodnej sposobności, jak by Go wydać Mk 14, 1-11

 

Mili Moi…
Kolejne dni mijają, głównie na odpoczynku… Dziękuję Jezusowi, że zaplanował to wszystko na taki czas, kiedy rzeczywiście odpoczywać mogę. Niemniej dni są różne. Czasem jest lepiej. Czuję, że siły wracają. A bywa i tak, jak dziś – nie mam siły ruszyć ręką i nogą. Przespałem pół dnia. No ale trudno. Jeśli tak być musi, to biorę to i zawierzam Panu. Niech On to wykorzysta dla większego dobra.

Oczywiście tuż po wyjściu ze szpitala zaczęła mnie „ścigać” Policja. Najpierw twierdząc, że jestem na kwarantannie, potem, że w izolacji. Moja opowieść o tym, jak jest naprawdę zawsze kończy rozmowę miłymi życzeniami, bo musze przyznać, że to szalenie miłe rozmowy. Niemniej jakiś bałaganik w tym wszystkim jest. Gdzieś widocznie zawisnąłem w systemie i nie ma nikogo, kto mógłby mnie odwiesić.

Ostatnimi nocami śni mi się jeden sen… Jestem w sklepie wędkarskim i kompletuję wyposażenie. Robię zakupy i cieszę się na wędkarską wyprawę. Kiedyś rzeczywiście byłem zapalonym wędkarzem, ale to dawne dzieje. Uśmiecham się do Jezusa i zastanawiam czy to znak, że mam wykorzystać ten czas na przygotowanie do nowych zadań? Może rzeczywiście jest to chwila na przejrzenie sprzętu, na zastanowienie się, co domaga się uzupełnienia, co trzeba wymienić na nowsze… Ciekawe rzeczy wychodzą z człowieka nocami…

Od jutra wracam do jakiej takiej aktywności… Pojawiają się pierwsze spowiedzi. W tym tygodniu też pierwsza wizyta u sióstr. Przy okazji staram się odrobine sprzątać, bo jeden z moich dwóch pokoi jest jeszcze nieruszony po remoncie. Przeraża mnie ten widok, gdy tam zaglądam. Ale jeszcze bardziej przeraża mnie wizja, że mógłby tak zostać na święta… Zobaczymy co da się zrobić. Mam takie poczucie, że w tym wszystkim naprawdę niewiele zależy ode mnie.

A dziś skupił mnie początek opowieści o męce Pana. Marek tworzy swoistą kanapkę. „Okłada ją” ludźmi o zimnych sercach. Bo najpierw mamy elity, które knują jak tu pozbyć się Jezusa. A po drugiej stronie jest Judasz, który sam się zgłasza, że jest w stanie im w tym pomóc. Środek zaś to anonimowa (według Marka) kobieta, która daje Jezusowi cudowny dar – hojny i totalny. Nie cedzi tego olejku, nie racjonalizuje (a może mi się jeszcze kiedyś przyda), nie zastanawia się nad słowem „marnotrawstwo”. Daje wszystko. Rozbija flakon (nikt już go do niczego nie użyje) i wylewa całą jego zawartość na głowę Jezusa.

Bardzo mnie to zatrzymało, bo pomyślałem sobie, czego Jezus w najbliższych dniach mógłby oczekiwać ode mnie? Jaki dar mógłbym Mu złożyć? I zdałem sobie sprawę, że nie chodzi o kwestie materialne, ale o coś, co dziś jawi nam się nam jako prawdziwy skarb i co dla mnie samego ma ogromną wartość. Przypomniały mi się słowa kard. Wyszyńskiego – ludzie mówią, że czas to pieniądz, a ja wam mówię, że czas to miłość…

Czas. Czy to nie cenny dar? Czy Jezus, który w te dni doznaje opuszczenia, odrzucenia, wzgardy, może liczyć na mnie i na Ciebie? Przecież to absolutnie centralne dni roku dla każdego chrześcijanina! Czy one w jakikolwiek sposób różnią się od innych? No i czy Jezus ma prawo do naszego czasu? Szczególnie w te dni… Dać. Hojnie i nie wymawiając. Nie cedząc minut, nie zerkając na zegarek. Pobyć z Nim. Właśnie teraz, kiedy doświadcza trwogi, samotności, cierpienia. Ot, taki mały sprawdzian z naszego katoczłowieczeństwa…

środa, 24 marca 2021

słońce nadziei...


(J 8,31-42)
Jezus powiedział do żydów, którzy Mu uwierzyli: Jeżeli będziesz trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. Odpowiedzieli Mu: Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy poddani w niczyją niewolę. Jakżeż Ty możesz mówić: Wolni będziecie? Odpowiedział im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie przebywa w domu na zawsze, lecz Syn przebywa na zawsze. Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni. Wiem, że jesteście potomstwem Abrahama, ale wy usiłujecie Mnie zabić, bo nie przyjmujecie mojej nauki. Głoszę to, co widziałem u mego Ojca, wy czynicie to, coście słyszeli od waszego ojca. W odpowiedzi rzekli do Niego: Ojcem naszym jest Abraham. Rzekł do nich Jezus: Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to byście pełnili czyny Abrahama. Teraz usiłujecie Mnie zabić, człowieka, który wam powiedział prawdę usłyszaną u Boga. Tego Abraham nie czynił. Wy pełnicie czyny ojca waszego. Rzekli do Niego: Myśmy się nie urodzili z nierządu, jednego mamy Ojca - Boga. Rzekł do nich Jezus: Gdyby Bóg był waszym ojcem, to i Mnie byście miłowali. Ja bowiem od Boga wyszedłem i przychodzę. Nie wyszedłem od siebie, lecz On Mnie posłał.

 

Mili Moi…
No i stało się coś, co stać się przecież musiało… Na czterdzieste pierwsze urodziny dostałem prezent pod nazwą Covid. Migałem się ponad rok. Setki spotkań, tysiące ludzi wokół mnie. Nie łudziłem się więc. Gdzieś to na mnie czekało… Początek był nawet niezły. Lekki ból gardła, zaledwie stan podgorączkowy, a w ślad za tym utrata węchu i smaku, co nie pozostawiało wątpliwości. No i bezsilność taka, że nawet na testy nie miałem sił się specjalnie udawać. Pomyślałem, że przetrwam w domu. I trwałem. Nie miałem na szczęście żadnych problemów z oddychaniem, ale za to… nadeszła gorączka. Dochodziła do 40 stopni i w żaden sposób znanymi mi środkami nie byłem w stanie jej już zbijać. Wówczas konsylium lekarzy przyjaciół orzekło – nie ma co czekać, czas na szpital. No więc przyjęły mnie gościnne progi szpitala tymczasowego na Targach Poznańskich. Było to w ubiegły poniedziałek.

Pierwsze dni były trudne… Leżałem plackiem „jakby mnie walec przejechał”. Gorączka szybowała i była zbijana lekami dożylnymi. Zrobiono mi dwa tomografy, jeden z kontrastem, drugi bez. Efekt „zamglonej szyby” i zapalenie płuc. Ale zaledwie 40% płuc zajęte, więc mówią, że gdyby nie gorączka, można by leczyć to w domu. Antybiotyk w żyłę przez siedem dni i postawili mnie na nogi. Na szczęście żadnych trudności oddechowych, żadnego tlenu. Pielęgniarki chodziły wokół i mówiły – chyba ksiądz jest tym statystą, co to ich Górniak w szpitalach widziała. Bo rzeczywiście mój stan poprawiał się szybko.

Ale jestem skalibrowany na maksymalnie trzy dni w szpitalu, więc już naprawdę trudno znosiłem ostatnie dni. Tym bardziej, że odwlekano mój wypis, bo jakiś współczynnik krzepliwości krwi im się wciąż nie zgadzał. Ale w końcu wyprosiłem wczorajsze wyjście. Zaopatrzony w zastrzyki, które sobie wstrzykuje w brzuch, mam po prostu dochodzić do siebie. Obraz szpitala? Czyściec na ziemi… Wiele lęku i bezradności. Ludzie przywożeni nocami, leżący trzy dni z walizką stojącą obok, bo bez sił na jej rozpakowanie. Przy czym personel medyczny najwyższa klasa – cierpliwość, empatia, gotowość do wszelkiej pomocy. Zbudowanie przeogromne. Jedzenie też jak nie w szpitalu. Wszystko w pudełeczkach, smacznie. Mnóstwo młodych ludzi – chudych, grubych – patrzących wielkimi oczami przed siebie. A ja leżałem na internie, wcale nie najcięższym oddziale covidowym. Tak, czy owak, tam cierpią i umierają ludzie… Proszę Was o modlitwę za nich.

Mój świat zwolnił… Jestem na urlopie do Wielkanocy. Spacery i przyglądanie się światu. Sporo myśli o chaosie, z którego Pan mnie chce wydobywać. Nowe ustawienie priorytetów… Myślę, że to ważny czas… Ostatnimi miesiącami słyszałem w sercu tylko jedno słowo – CZEKAJ. I doczekałem się swoistego przełomu. Mam nadzieję, że będę umiał go wykorzystać.

Zdumiewa mnie cierpliwość Jezusa, który wielokrotnie powtarza po co przyszedł, z jaką misją, skąd pochodzi. A słuchacze z uporem maniaka wciąż pytają o to samo. Nie są gotowi przyjąć Jego Słowa. Nie ma w nich przestrzeni. Są jakby „upakowani” swoimi przekonaniami, między które nic już się nie wciśnie. Gotowi tylko na aprobatę swoich pomysłów, na pochwałę. Niczym mruczące koty skłonni przyjmować każdą pieszczotę, ale pazurem reagujący na jej brak. Prowokacja – mówią. Nie wiesz co mówisz – twierdzą. A On? Nie przyjmujecie mojej nauki. Nie ma w was miejsca na moje słowo. Dlatego tkwicie w niewoli i nie zdołacie się z niej sami uwolnić. Dopóki mi nie pozwolicie. Dopóki nie spotkacie się z Prawdą. Może dziś? Dlaczego nie dziś? Tak, dziś, to dobry dzień. Bo jutra nie ma. Chyba, że Pan zechce je dla nas wzbudzić. Ale wówczas „jutro” stanie się „dziś”. Nie ma więc chyba sensu zwlekać…

piątek, 5 marca 2021

41


(Mt 21, 33-43. 45-46)
Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: "Posłuchajcie innej przypowieści: Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy, zobaczywszy syna, mówili do siebie: „To jest dziedzic; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo”. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc przybędzie właściciel winnicy, co uczyni z owymi rolnikami?" Rzekli Mu: "Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze". Jezus im rzekł: "Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: „Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach”. Dlatego powiadam wam: królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce". Arcykapłani i faryzeusze, słuchając Jego przypowieści, poznali, że o nich mówi. Toteż starali się Go pochwycić, lecz bali się tłumów, ponieważ miały Go za proroka.

 

Mili Moi…
Znów długo mnie nie było… Ale to chyba szczególny związek ma z remontem w mojej chałupie… Każdą wolną chwile spędzałem na sprzątaniu po nim. Niestety ekipa nie popisała się pozostawieniem po sobie nawet jako takiego ładu, więc walczę… I po kilku dniach jestem niemal w połowie. Ważne, że już mieszkam u siebie i ważne, że kolejne worki rzeczy niepotrzebnych lądują na śmietniku. A jest ich mnóstwo… Po powrocie z USA odebrałem moje rzeczy magazynowane u jednego z przyjaciół i takimi jakie były wrzuciłem je do szaf i szuflad. Teraz jest znakomita okazja do pozbycia się połowy z nich. A najwięcej chyba mam… świętych obrazków. Wielu ludzi sądzi, że to najlepszy prezent dla księdza. A ja, gdybym chciał je wszystkie wywiesić, to ścian by mi zabrakło. Niektóre można puścić dalej, ale niektóre są tak wątpliwej wartości, że nie sposób narażać kogokolwiek na patrzenie na taką brzydotę. Ale ten pakunek musi zostać spalony, żeby się po śmietnikach nie walał.

Dziś wyruszam w kolejną podróż apostolską. Jutro rano wręczamy medal Zasłużonym dla Rycerstwa Niepokalanej w Gdyni, więc muszę tam pojawić się dziś, żeby nie wyruszać w środku nocy. A po południu jutro melduje się w Wołominie, gdzie kolejne rekolekcje czekają na wygłoszenie. Rok temu się nie udało z powodu pandemii. Ufam, że tym razem będzie inaczej i już nic nie pokrzyżuje naszych planów.

A dziś… Cóż… Wybiła godzina… Czterdzieści jeden wiosen za mną… O godzinie 11.15 wejdę w czterdziesty drugi rok życia. Trudne to lata, musze przyznać, z tej prostej przyczyny, że czuję wyraźnie upływający czas, bilansuję i… jeszcze tak wiele chciałbym zrobić. A możliwości i czasu coraz mniej. Czytam ostatnio o acedii. Tak w czasach Ojców Kościoła nazywano „czas połowy” (dnia, życia), gdzie wszystko jakby stanęło w miejscu, a człowiek się miota szukając sensu i łudząc się, że zmieniając to, czy owo, osiągnie jakiś cel.

Coś z tego obserwuje u siebie… Być wszędzie, robić wszystko, nie tracić czasu. To oczywiście niemożliwe i boleśnie się o tym przekonuję. A jedynym lekarstwem na taki stan jest… zostać tu i robić to, co mi polecono. Niby proste, a takie trudne. Gdybym miał sam sobie czegoś życzyć dziś, to chyba tego, żebym bardziej ufał Bogu, powtarzając sobie nieustannie słowa Psalmu 31 – w Twoim ręku są moje losy, Panie. On jest Panem historii, On Panem winnicy tego świata, On władcą mojego życia. On decyduje. I to w gruncie rzeczy źródło wielkiej wolności. Ja nie muszę nic. Mam po prostu z zaufaniem się w Niego wsłuchiwać i realizować Jego plan. Najlepszy i najdoskonalszy na całą resztę mojego życia. Niezależnie od tego, jak długo ma ono jeszcze trwać…