niedziela, 8 października 2017

szczęśliwe oczy...

zdj:flickr/FrogStarB/Lic CC
Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością, mówiąc: «Panie, przez wzgląd na Twoje imię nawet złe duchy nam się poddają». Wtedy rzekł do nich: «Widziałem Szatana, który spadł z nieba jak błyskawica. Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi. Jednakże nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie». W tej to chwili rozradował się Jezus w Duchu Świętym i rzekł: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Ojciec mój przekazał Mi wszystko. Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec; ani kim jest Ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić». Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: «Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli». Łk 10, 17-24

Mili Moi…
Al jest starszym człowiekiem, którego w każdą sobotę widywałem na niedzielnej mszy wigilijnej. Jego żona przyjmowała komunię świętą, a on zawsze prosił tylko o błogosławieństwo. Nie wiedziałem dlaczego, ale dyskretnie nie pytałem… Rok temu Al zgłosił się do pomocy przy katechezie dla dzieci. Zasugerował, że mógłby pilnować drzwi, witać i żegnać dzieciaki i ich rodziców. Spytał jednak, czy nie jest problemem to, że jest… metodystą? Wyjaśniło mi się dlaczego nie przyjmuje komunii…

Od tego czasu trochę już przegadaliśmy… Al opowiedział mi swoją historię. Dziadek miał jakiś konflikt z katolickim proboszczem i tak rodzina wylądowała u metodystów. Nigdy nie byli specjalnie zaangażowani. Al myślał o przystąpieniu do Kościoła Katolickiego już w chwili ślubu kościelnego ze swoją żona, ale wówczas jakoś nikt go do tego nie zachęcał. I zostało tak jak jest… A może byśmy to father jakoś uregulowali – powiedział do mnie niedawno Al. Przecież ja nie mam żadnych problemów z uznaniem tego, w co się wierzy w Kościele Katolickim… I tak zaczął się proces przygotowania Ala do przyjęcia przez niego sakramentów…

A piszę o tym, bo dziś, jak w każdą sobotę Al przyszedł do kościoła, jak zawsze podszedł do komunii prosząc – bless me father, a ja jak zawsze powiedziałem – the Body of Christ wykonując przed nim znak krzyża konsekrowanym chlebem. I wówczas Al z radością malująca się na twarzy szepnął do mnie – soon (wkrótce). Musze przyznać, że bardzo mnie to wzruszyło, bo w tym człowieku widzę wszystkich tych, którzy wracają z dalekiej podróży i czekają z niecierpliwością na spotkanie z Jezusem, na dotknięcie Go, na karmienie się Nim. A kiedy oni tęsknią, tak wielu katolików nie przywiązuje większej wagi do tego, co w Kościele najświętsze… Oby wśród nas takich Alów jak najwięcej… A jego polecam waszym modlitwom…

Al uzmysławia mi jak wielka radość płynie z faktu, że nasze imiona są zapisane w niebie. Chrzest to sprawia. I co najpiękniejsze – nikt ich stamtąd nie wymaże, podobnie jak nikt nie wymaże z naszego serca imienia „chrześcijanin”. Choćbyśmy usilnie się starali, możemy je tylko zamaskować, ale nie zdołamy go nigdy usunąć. Każdego roku około 200 dorosłych osób przygotowuje się w naszej diecezji do przyjęcia chrztu, lub do pełnego włączenia w Kościół Katolicki. Ich tęsknota za Chrystusem tchnie nadzieją… Przyszłość należy do dziedziców życia wiecznego, do chrześcijan, do ukochanych dzieci Jezusa… I szczęśliwe oczy nasze, że widzą… I jeszcze niejedno zobaczą…

środa, 4 października 2017

wciąż za nim...

zdj:flickr/Thomas Hawk/Lic CC
25 W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. 26 Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. 27 Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić.28 Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. 29 Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. 30 Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie". Mt 11,25-30

Mili Moi…
Wiele się działo w dniach minionych… Ale mnie złapała choroba, która zniechęciła mnie skutecznie do wszelkich działań. Powoli kończę kurację antybiotykową, czuję się już znacznie lepiej i wracam powoli do zawieszonych na jakiś czas aktywności.

Muszę Wam powiedzieć, że uczestniczymy tu w Bridgeport w czymś, czego nie waham się nazwać „cudem różańcowym”. Postanowiliśmy stworzyć Różę Żywego Różańca jako prezent dla Matki Bożej z okazji 100 rocznicy Jej objawień w Fatimie. Wiemy jednak, że Żywy Różaniec w świadomości ludzi wiąże się zwykle z osobami starszymi i wydaje się być właśnie dla nich stosowną propozycją. Żeby to zmienić i odmłodzić ten ruch w naszej parafii zaproponowaliśmy jako główną intencję modlitwę rodziców za ich dzieci. I co się stało? Właśnie domykamy… trzecią Różę. Zgłosiło się bardzo wiele osób, co jest niewątpliwie bardzo dużej radości dla nas, duszpasterzy. Wygląda więc na to, że 13 października zainicjujemy trzy nowe Róże. Czyli będzie ich dokładnie o 100 procent więcej w naszej parafii, niż dotychczas.

A dziś Uroczystość św. Franciszka… Dla mnie to doroczny dzień „wielkiej tęsknoty”. Zawsze bowiem staje mi przed oczami ideał, dla którego wybrałem tę rodzinę zakonną. Trafiłem do niej zachwyciwszy się św. Franciszkiem. Nade wszystko wolnością, ubóstwem i prostotą jego życia. Nie bez znaczenia był również jego ewangelizacyjny zapał i pełen radości i entuzjazmu styl życia.

Z całą pewnością mogę powiedzieć, że żyłem właśnie tak przez pierwsze lata mojego zakonnego wzrastania. Ale później… Zadania, obowiązki, odpowiedzialności, miejsca sprawiły, że mój ideał uległ rozproszeniu. Oczywiście nadal wierzę głęboko, że tym ideałem da się żyć i zależy to przede wszystkim ode mnie samego, ale cała zewnętrzność, w której się obracam, zdecydowanie mi to utrudnia. Tego, co ważne mi brakuje, tego zaś, co przeszkadza, mam aż w nadmiarze. I tu piętrzą się moje osobiste trudności…

Dlatego dziś staję przed Ojcem Franciszkiem z dużym zawstydzeniem. Mam 38 lat, prawie 19 lat żyje w zakonie, a czuję się trochę tak, jakbym jeszcze nie zaczął, jakbym ciągle był w progu, jakbym nie wykonał istotnego kroku. Powierzchowność i brak konsekwentnego zgłębiania naszej duchowości. To moje prezenty na dzień jego święta? Nie, tak nie chcę… Mam szczerą nadzieję, że poza moimi niedoskonałościami widzi on również moje pragnienia, które wcale nie są mniejsze, niż były u początku. Nie pozostaje nic innego, jak ciągle zaczynać od nowa…

Prostota, pokora, ubóstwo… ciągle czekają na odkrycie i przyjęcie ich w progi mojego życia… Wierzę, że to nastąpi… I mam głęboką nadzieję, że wkrótce…

piątek, 22 września 2017

odpowiedzialność = służba...

zdj:flickr/Dennis Skley/Lic CC
(Łk 8, 1-3)
Jezus wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które zostały uwolnione od złych duchów i od chorób, Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, rządcy Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały, udzielając ze swego mienia.

Mili Moi…
Jesteśmy niemalże w przededniu naszego odpustu parafialnego. Rozpoczęliśmy już corocznym zwyczajem Nabożeństwo Czterdziestogodzinne. Z założenia winno polegać na czterdziestogodzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu i choć nie udaje nam się osiągnąć pełnych czterdziestu godzin, to jesteśmy blisko.

Oczywiście trwają tez przygotowania bardziej materialne, niż duchowe. Gotowanie wszelakich potraw, które nasycą przybyłych gości sprawia, że nasza kuchnia pod kościołem tętni życiem. Oczywiście nie brakuje trudności. One są wpisane w każde dobre dzieło. Dziś na przykład odmówił posłuszeństwa bojler kuchenny. Awaria poważna, ale dzięki cudownym przyjaciołom w kilka godzin został zamontowany nowy bojler, co pozwoli jutro funkcjonować kuchni bez kłopotu. Jak dobrze, że Pan Bóg stawia wokół nas oddanych ludzi.

To jest też jakiś mocny temat dzisiejszej Ewangelii – odpowiedzialność za dzieło budowania Królestwa Niebieskiego na ziemi. Chylę czoła przed tymi wszystkimi, którzy zamiast postawy roszczeniowej, reprezentują zrozumienie dla prawdy, że dzieło Kościoła to nasza wspólna sprawa. Podziwiam szczerze ludzi, którzy są gotowi pomóc o każdej porze w sprawach, które nie mogą czekać. Ogromnie to doceniam. Musze przyznać, że dla mnie to jest również całkowicie oczywiste – zanim zostałem zakonnikiem, byłem również gotów na każde słowo moich duszpasterzy. W czymkolwiek mogłem pomoc, robiłem to z przyjemnością, bo wiedziałem, że nie pomagam li tylko personalnie temu, czy innemu księdzu, ale troszczę się o moje miejsce na ziemi, o moją parafię, w której Bóg mnie postawił, aby mnie zbawić. Czułem zawsze, że to jest również moja sprawa – jak tam w tym kościele wygląda, jak się sprawuje liturgię, co i jak się śpiewa…  Jest tak wiele możliwości zaangażowania. I nagle okazuje się, że nie jestem tylko biorcą, ale również i dawcą. Nagle okazuje się, że można wyjść z anonimowości i stać się potrzebnym – bo to głęboka prawda – każdy jest potrzebny do budowania Królestwa – i każdy może się do tego przyczynić…

W naszej parafii postanowiliśmy ostatnio z okazji stulecia objawień fatimskich zrobić prezent Matce Bożej i założyć Różę Różańcową złożona z rodziców, którzy podejmą tę modlitwę w intencji swoich dzieci. W nieco ponad tydzień zgłosiło się dwadzieścia osiem osób. Może więc powstaną dwie Róże… Można… Trzeba tylko troszkę chcieć… I uczynić jeden mały krok… Zapraszam nieustannie tych, którzy jeszcze chcieliby się dołączyć… Mały krok… Trzy minuty modlitwy dziennie…

A ja mam za sobą pierwszą noc przespaną w masce na twarzy. Maszyna, którą wczoraj otrzymałem ma pomóc mi oddychać, kiedy mój organizm o tym w nocy zapomina. Ciekawe uczucie… Uznałem to za rzecz najzwyklejsza na świecie i spałem właściwie tak samo jak dotąd. Bez dodatkowych trudności. Efekty? No chyba trzeba na nie nieco poczekać…


poniedziałek, 18 września 2017

o zmarnowanej szansie...

zdj:flickr/Patrick Dobeson/Lic CC
(Łk 2,41-52)
Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi.


Mili Moi…
Nadszedł wreszcie dzień wizyty u „pani od snu”. Dziś byłem u doktor Stasi, która pointerpretowała dla mnie wyniki moich sennych badań. Niespodzianki nie było. Na jedną godzinę snu przestaję oddychać około 21 razy, a mój mózg jest dotleniony w 90 procentach. To podobno nie jest najgorzej, ale dzięki temu wstaję rano z bólem głowy, a trzy godziny po przebudzeniu jestem gotów znowu się położyć i mam tak przez większość dnia. W czwartek idę po mój osobisty „namordnik”. Mam się „nauczyć spać w masce”. Podobno mnie to nie wyleczy, ale znacząco poprawi komfort egzystowania. Myślałem, że to będzie jakiś wielki odkurzacz, ale przypomina to raczej niewielką skrzynkę na narzędzia. Będzie wraz ze mną oddychać i nawilżać moje tchnienie. A wszystko to… z powodu starości. Kiedy spytałem dlaczego właśnie teraz się to ujawniło, pani doktor stwierdziła – no cóż, z wiekiem… W każdym razie ucieszyłem się z jednego – medycyna potwierdziła, że nie jestem symulantem i moje zmęczenie nie jest wymówką usprawiedliwiającą lenistwo, co niektórzy dobrzy ludzie już dawno u mnie zdiagnozowali… :)

A poza tym… Za oknem wieje coraz bardziej… Nadchodzą do nas resztki huraganów. Niczego poza deszczowymi dniami to nie zwiastuje. Mamy tylko nadzieje, że do niedzieli wszystko przeminie, bo u nas odpust. A bez słonka będzie raczej ciężko. Poza tym cały tydzień pod znakiem spotkań diecezjalnych. Trzy dni pod rząd będziemy nękani różnymi, ważnymi posiedzeniami. W tym aspekcie nie przestanę podziwiać Amerykanów. Oni to uwielbiają. Siedzieć, gadać, pisać plany, a potem omawiać powody, dla których nie udało się ich zrealizować, i znów tworzyć nowe… Taki kraj…

A dziś nad Słowem myślę sobie o żydowskich nauczycielach wśród których zasiada Jezus. Musiała im się zaświecić „czerwona lampka”, kiedy Go słuchali. Ich „wewnętrzne radary” były przecież całkowicie nastawione na oczekiwanie Mesjasza. Musiało się w ich sercach pojawić pytanie – czy to nie On? Młody chłopiec, który zadaje pytania tak roztropne, że aż nieadekwatne do jego wieku. Dziecko, które udziela odpowiedzi, których nie powstydziłby się sędziwy uczony w Piśmie. Musieli pewnie dopytywać Jego rodziców skąd On to ma? Ale nie ma żadnego śladu ich dalszego zainteresowania. Było, minęło. Taka chwila olśnienia, której nie wykorzystali. Nie ostatnia. Wszak po wielu latach takich chwil będzie więcej. Będą świadkami wypowiedzi Jezusa, wobec których zamilkną najwięksi sceptycy. Kiedy miał dwanaście lat towarzyszyło im zdumienie nad mądrością dziecka. Kiedy On będzie miał trzydzieści lat, w nich pozostanie już tylko gniew, złość i agresja. On wróci do nich ze słowem, ale oni po raz kolejny zmarnują szansę…

Ile takich zmarnowanych szans w moim życiu? Czy On nie przychodzi do mnie codziennie?

niedziela, 17 września 2017

może już czas...

zdj:flickr/Dineshraj Goomany/Lic CC
(Mt 18,21-35)
Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu.

Mili Moi…
Okrutnie się zaniedbałem w pisaniu za co serdecznie przepraszam. Moja kondycja już odrobinę lepsza. Dziękuję wszystkim za ofiarowane za mnie modlitwy. Wasza serdeczność stawia mnie na nogi. Ilość trudności jakby nieco zelżała, może więc powoli uda się je jakoś ogarnąć…

Z małych radości – mój promotor odesłał mi trzeci rozdział mojej pracy. Żadnych poważnych poprawek. To znak, że albo ja pisze coraz lepiej, albo on już skapitulował i machnął na mnie ręką… W każdym razie doczytuję literaturę do ostatniego przewidzianego planem rozdziału. Mnóstwo fascynujących pozycji z intrygującym dodatkiem w tytule – „w latach 1920-1939”. Walczę ze sobą, żeby nie zasnąć na pierwszej stronie…

A wczoraj nawiedziła mnie grupa ludzi. Dokładnie siedem osób. Pamiętacie pewnie jak dwa miesiące temu udzieliłem schronienia misjonarzom z neokatechumenatu. Wczoraj była druga część tej wizyty. „Drużyna neokatechumenalna” przybyła zawojować naszą parafię. Chcą u nas zorganizować katechezy. Konsekwencją jest zwykle powstanie wspólnoty. Cudownie się z nimi gadało, bo ja doskonale wyczuwam ich żar. To jest mój świat – nowa ewangelizacja. Dlatego nie powiedziałem „nie”. Ale na razie chyba nie da rady. Nasze możliwości duszpasterskie są ograniczone naszą liczbą. Więc czekamy na Boże znaki i interwencje.

A dziś czeka mnie wycieczka do Clifton… Pamiętacie może jak rok temu namaszczałem tam Jacka, który cierpiał z powodu choroby nowotworowej. Pan Bóg zaprosił go do domu i dziś sprawujemy Mszę Świętą w jego intencji. Polecam również waszym modlitwom jego duszę…

Swoja drogą, w namyśle nad dzisiejszą Ewangelią, śmierć ma swoje ważne miejsce. Jest kilka minut po siódmej rano, a ja właśnie wróciłem ze szpitala wezwany do J. Wczoraj świętowała ze swoimi synami urodziny jednego z nich i była w pełni sił. Po południu trafiła do szpitala, a dziś, jak powiadają lekarze, za godzinę, dwie spotka Ojca twarzą w twarz. Czasem wszystko dzieje się tak szybko… I może nie być czasu na przebaczenie, czy na prośbę o nie. Może więc warto poreflektować komu i co jestem dłużny. Może nie warto zwlekać i odkładać wszystkiego na później. Bo „później” może być bliżej, niż nam się wydaje… J i jej umieranie również waszym modlitwom zawierzam…

środa, 6 września 2017

ręce ubogiego...

zdj:flickr/Adam Cohn/Lic CC
(Łk 4,31-37)
Jezus udał się do Kafarnaum, miasta w Galilei, i tam nauczał w szabat. Zdumiewali się Jego nauką, gdyż słowo Jego było pełne mocy. A był w synagodze człowiek, który miał w sobie ducha nieczystego. Zaczął on krzyczeć wniebogłosy; Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić? Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego! Wtedy zły duch rzucił go na środek i wyszedł z niego nie wyrządzając mu żadnej szkody. Wprawiło to wszystkich w zdumienie i mówili między sobą: Cóż to za słowo? Z władzą i mocą rozkazuje nawet duchom nieczystym, i wychodzą. I wieść o Nim rozchodziła się wszędzie po okolicy.


Mili Moi…
Dziś 1092 dzień mojej pracy na amerykańskiej ziemi… Dokładnie trzy lata temu, 5 września, stanąłem na parkingu pod kościołem w Bridgeport, w mojej nowej ziemi obiecanej. Ile się przez ten czas wydarzyło? Czego się nauczyłem? A co jeszcze przede mną? I jak długo mój Jezus zechce mnie jeszcze w tym miejscu? Wszystkie te pytania kłębią mi się dzisiaj w głowie. Odpowiedzi szukam…

A wczoraj u nas piękne spotkanie wieczorne z Witkiem Wilkiem… Celebrowaliśmy Eucharystie, a potem długa modlitwa o uzdrowienie… Ludzi oczywiście garstka, ale to mnie już nie dziwi i nawet nie złości… Tak już widać jest, żartujemy, że u nas wszyscy zdrowi i nikt niczego nie potrzebuje… Ale wierzę, że ci, którzy przybyli, skorzystali. Co więcej, wczoraj, jak nigdy dotąd odczułem, że trzeba to robić, bo właśnie to jest moim zadaniem – stwarzać możliwości. I o to zapyta mnie Jezus w przyszłości… O co będzie pytał tych, którzy nie korzystają? Nie wiem i nie „gdybam”… Przyzywam Jego miłosierdzia…

A dziś miałem okazję uczcić świętą Matkę Teresę z Kalkuty w gronie jej córek. Zostałem zaproszony przez siostry do wspólnej celebracji – najpierw Eucharystia, a potem skromna biesiada. Wszystko było bardzo biedne, po ludzku ułomne – rozstrojone gitary, na których grano bardzo nieumiejętnie, garstka ludzi, przewodniczący liturgii, który miał „bolesny” akcent… A jednak trudno mi sobie przypomnieć piękniejszą liturgię, w której uczestniczyłem w tym kraju. Wszystko dlatego, że ubóstwo jest piękne… I ubogie siostry, które nie przestają się uśmiechać i są wdzięczne za wszystko, stanowią dla mnie tego najlepszy dowód. Zawiozłem im zresztą dziś okrągłą sumkę dla ubogich zebraną w miniony weekend przez uczestników rekolekcji w West Hartford. W ten sposób nasze nawracanie nakarmi również realnie potrzebujących.

A Słowo mi dziś bardzo mocno przypomina o konieczności budowania zażyłej więzi z Jezusem. I to nie jest banał. To rzecz najwyższej wagi. Patrząc na tę scenę stwierdziłem ze smutkiem, że demon dużo lepiej wie kim jest Jezus, niż ja. A to przecież ja Go wybrałem na mojego osobistego PANA I ZBAWICIELA. Moje poznawanie, moje budowanie relacji z Nim, moje pogłębianie miłości musi stać na pierwszym miejscu. Tylko to bowiem gwarantuje udział w „Słowie z mocą”. A takie Słowo jest nieustannie moim najgłębszym pragnieniem. Modle się, żeby demony drżały na dźwięk mojego głosu. Niemożliwe? Ależ oczywiście, że możliwe… W Jezusie wszystko jest możliwe… Z Nim… Tylko z Nim… Dlatego ku Niemu wyciągam moje ręce… W moim ubóstwie ducha…

poniedziałek, 4 września 2017

na krzyżu poślubił mnie Pan...

zdj:flickr/Claudio Ungari/Lic CC
(Mt 16,21-27)
Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania.


Mili Moi…
Właśnie wróciłem z kursu Nowe Życie… Przeżyliśmy go wspólnie w gronie 70 osób pod wodzą rodziny Wilków i sprzymierzonych z nimi animatorów… Pierwszą radością dla mnie był fakt, że byłem uczestnikiem. Nie musiałem niczego przygotowywać, planować, doglądać. Mogłem na chwilę zamienić się w biorcę, który po prostu przyjmował, korzystał, słuchał…

Nie zabrakło rzecz jasna chwil kapłańskiej posługi… Eucharystia, spowiedź, kilka poważnych rozmów. Ale to wszystko pomiędzy chwilami mocnego Słowa i doświadczania na nowo obecności Najwyższego. Bóg skierował do mnie w tych dniach bardzo ważne słowo – jedno zdanie, które mną wstrząsnęło podczas tego spotkania. Tym zdaniem było – BIORĘ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA TWOJE ŻYCIE… Od wielu lat nikt mi tego nie mówił… Mój ojciec nie chciał jej wziąć, ani dawniej, ani dziś. Moja mama została z niej zwolniona przez samego Pana dwadzieścia jeden lat temu wracając do domu Ojca. W Zakonie z tym różnorako. W Ameryce pierwszy papier, który dostałem do podpisania to zestaw zakazów, których złamanie powoduje, że diecezja nie chce mieć ze mną nic wspólnego i wyrzeka się wszelkiej odpowiedzialności za mnie. Moi parafianie wyobrażają sobie, że ich proboszcz jest nadczłowiekiem i zawsze musi być uśmiechnięty, serdeczny i zadowolony z życia. A ja po prostu jestem zmęczony… Bardzo zmęczony…

Bóg mówi – jestem. Twoje życie należy do mnie i jestem za Ciebie odpowiedzialny. Wchodzę w twoją samotność i zawsze jestem z tobą. Także wówczas, kiedy nie masz sił się uśmiechać i masz wszystkiego dość. Także wtedy, kiedy masz ochotę uciec bardzo daleko. Zawsze wtedy, kiedy odnosisz sukcesy, ale jeszcze bardziej wśród twoich porażek. Teraz też… Teraz. Zawsze. Nieustannie… I Jemu chwała!!!

A dzisiejsze Słowo było dla mnie nie lada odkryciem… Wziąć swój krzyż. To takie łatwe, kiedy samemu się ten krzyż „wymyśli”. Wszelkie ascetyczne wysiłki, które sam na siebie nakładam, mają „potencjometr bólu”, który znajduje się w moich rękach. Kiedy boli za bardzo, mogę ów krzyż odrobine „poluźnić”. Ale przecież jako Jego uczeń mam Go naśladować. Mam się stawać „drugim Chrystusem” naśladując Go w dźwiganiu krzyża, który On sam mi przygotuje. Droga krzyżowa musi rzecz jasna zakończyć się ukrzyżowaniem, czyli takim bólem, którego ja sam bym sobie nie zadał. Nigdy.

I w tym kontekście potrzebni są ludzie. Ja sam się nie ukrzyżuję. Nie mam nawet tyle odporności, żeby sobie wbić igłę pod paznokieć, a co dopiero gwóźdź w moją dłoń. Poza tym technicznie byłoby to niezwykle trudne. Dlatego są inni ludzie, którzy mnie krzyżują. Czasem bez świadomości, a czasem z dzika premedytacją. I nie musze się temu ciągle tak serdecznie dziwić. Co więcej, to nie będą „jacyś ludzie”, ale ci, którzy mają do mnie dostęp, mają nade mną jakąś „władzę”. Wobec Jezusa dokonali tego arcykapłani, uczeni w Piśmie i faryzeusze rękami pogan. Wobec mnie…

Jedno jest pewne… Wybierając Jezusa, wybieram Go we wszystkich Jego misteriach. Także w męce, śmierci, krzyżu… Oby więc nie przeszkadzać „oprawcom”… Oby móc powiedzieć razem z Nim „wykonało się”…